Rumunia 2006

Pamiętnik z podróży ...

W 106 roku n.e. ziemie obecnej Rumunii zamieszkane przez Daków włączone zostały w obręb Imperium rzymskiego przez cesarza Trajana. W 273 roku ze względu na napór plemion koczowniczych z północy garnizony rzymskie i mieszkańcy Dacji zostają ewakuowani za Dunaj. Nazwa ROMANIA pozostała po tamtych odległych czasach.
W Rumunii byłem już wcześniej z rodzicami a później na obozach harcerskich, zabierałem przyjaciół w rumuńskie góry, z rodziną samochodem przez Transylwanię dotarłem nad morze.

Teraz przyszedł czas na rower.

Przemyśl - Czerniowce (Ukraina) - pociągiem
Mój pociąg z Przemyśla wyjeżdża o godz. 18 i dociera do Czerniowiec o godzinie 4.30 (czasu Ukraińskiego). Pociąg ten to klasyczny przemytnik i z tego powodu, mimo kupionego biletu bywa ciężko ze znalezieniem wolnego miejsca. Podróżując z rowerem należy zaopatrzyć się w jakąś folię lub pokrowiec na rower. Bez tego może się zdarzyć że nie wpuszczą nas do pociągu. Wagony mają miejsca do leżenia, więc rower należy wpakować na górną półkę. Nie polecam kuszetek z przedziałami, bo może okazać się że nas do nich nie wpuszczą, lub rower trzeba będzie rozkręcać na części drobne.
Po wyjściu z pociągu, na peronie spotykam 2 osoby na rowerach z Warszawy. Okazuje się, że jeszcze czwórka czeka na nich w mieście Roman. Planowałem przejechać przez Bukowinę na Węgry i dalej przez Słowację do Polski. Jedziemy razem do granicy rumuńskiej i Suczawy. Mam towarzystwo więc jedzie się przyjemniej. 20 kilometrów za granicą w Dornesti powinniśmy się rozstać. Wypijemy po piwku i jedziemy, każdy w swoją stronę. Po kolejnym piwku zmieniam plan i wsiadam razem z Folem i Agnieszką do rumuńskiego pociągu. Na tej stacji tory znajdują się wyżej niż peron więc wspinaczka do wagonu to praca zespołowa.

Czerniowce - Dornesti (RO) - 65km
z Dornesti do Roman –  jedziemy pociągiem ponad 150km.
Na dworcu w Romanie czekają znajomi Fola i Agnieszki. Kilka kilometrów za miastem nad rzeką Moldova rozbijamy nasze namioty. Mimo późnej godziny udaje się znaleźć miejsce pozbawione kozich i owczych odchodów. Wieczorem popijając czerwone wino proponuję kierunek w stronę przełęczy Bikaz.



 

 

 

 

 

Roman - Piatra Neamt - Pangarati - 75km 
Jedziemy droga 15D przez tereny przypominające Pogórze Przemyskie. Niewielkie wzniesienia, pasterskie chaty, słoneczniki i zboże na polach. Niebo bezchmurne i jest gorąco. W Rumunii często przed domami, od strony ulicy stoją studnie. Kilka razy zatrzymujemy się aby ugasić pragnienie chłodną studzienna wodą. Po południu dotarliśmy do pięknego miasta Piatra Neamţ leżącego w dolinie Bystrzycy. Na mnie wrażenie robią pięknie odrestaurowane i utrzymane zabytki. Miasto otoczone jest górami o wysokości od 600 do 850 m n.p.m. Obiad jemy w przydrożnej restauracji i ruszamy przed siebie. Od Piatra Neamt zaczynają się już podjazdy. Wieczorem docieramy do Pangarati, gdzie nad pięknym jeziorem, oczywiście na dziko urządzamy nasze obozowisko.

 

 



Pangarati - Przełęcz Bikaz - Lacu Rosu - 45 km
Zjadamy obfite śniadanie bo dzisiaj czeka nas spory podjazd wzdłuż wąwozu Bicaz. Przejeżdżamy obok wielkiej cementowni, która nie pasuje do tak pięknego miejsca. Dokoła góry, lasy, rwące strumienie a tu wielka fabryka cementu. W jednym z rwących potoków urządzono pralnie dywanów. Woda ze strumienia skierowana jest przez rurę do olbrzymiej beczki. Miedzy klepkami są spore szczeliny przez które wypływa woda. Wewnątrz beczki wiruje w wodzie kilka dywanów. Nie widać żadnych detergentów, a więc jest to najbardziej ekologiczna pralnia jaką spotkałem. Podjazdy robią się bardziej strome a my docieramy do kanionu, który ma około 6 km długości, a wysokość ścian przekracza ponoć 400 metrów. Dnem kanionu płynie górska rzeka o tej samej nazwie Bicaz. Wysoko na ścianach widać wspinaczy. W pewnym miejscu gdzie kanion robi się szerszy, rozstawiły się stragany z pamiątkami. Można tu kupić począwszy od regionalnych wełnianych swetrów, do odpustowych zabawek dla małych turystów. Późnym popołudniem pokonując serpentyny dotarliśmy do miejscowości Lacu Rosu. Na polu namiotowym nad jeziorem rozbijamy nasze namioty. Ja swój namiot ustawiłem na małej górce, ale inni nie mieli tyle szczęścia z wyborem miejsca. Wieczorem nad górami pojawiły się ołowiane chmury i po chwili deszcz luną jak z cebra. Oberwanie chmury trwało może godzinę, ale pole namiotowe zaczęło zamieniać się w staw. Jedni przenosili namioty wyżej inni okopywali robiąc odpływy.
 
Lacu Rosu - Gheorgheni - 34 km
Rano jest pochmurnie ale nie pada. Gdy się rozpogadza pakujemy do sakw wilgotne namioty i opuszczamy nasze pole namiotowe nad Czerwonym Jeziorem (Lacu Rosu). Jezioro położone jest na wysokości 983 m n.p.m. ale my pniemy się nadal drogą 12C pod górę. Krajobraz przypomina nasze Bieszczady. Niestety chmurzy się coraz bardziej, i zaczyna delikatnie kropić. Gdy docieramy do Gheorgheni znowu z nieba spadają hektolitry wody. Usiłujemy przeczekać pod parasolami przy jakiejś restauracji. Leje przez dwie a może trzy godziny i co najgorsze nie zamierza przestać. Większość postanawia wsiąść do pociągu i pojechać do Targu Mures. Targu Mures to piękne miasto o którym już pisano w 1322 roku. Miasto przechodziło z rąk węgierskich w posiadanie rumuńskie kilkukrotnie. Dzisiaj słychać to na ulicach miasta, bo Węgrzy stanowią prawie połowę jego mieszkańców. Postanawiamy zanocować na kempingu z prysznicami, toaletami i innymi wygodami. (Koszt 15 lei od osoby)

 


Targu Mures - Sighisoara - 61 km
Świeci słońce i zapowiada się ładny dzień. Na rowerach zwiedzamy Targu Mures. Na zamku odbywa się wystawa psów rasowych Transylvania Cup Dog. Jestem pod wrażeniem urody właścicielek owczarków rumuńskich, niemieckich i wielu innych. Przed pałacem kultury stoi pomnik Wilczycy kapitolińskiej karmiącej Romusa i Romulusa. Pomnik to symbol wiecznego miasta Rzymu. Tu ma symbolizować związek z prahistorią Rumunii czyli związek z Rzymem. Z Targu Mures jedziemy na południe drogą A3 która przecina tereny położone na Wyżynie Siedmiogrodzkiej czyli Transylwanię. Mijając małe wioski, widzimy miejscowych sprzedających czerwoną cebulę związaną w pęki po kilkanaście sztuk. Gdy pogoda jest ładna a widoki gór urzekają to nam rowerzystom pedałuje się raźniej. Po południu docieramy do Sighisoary. Jest to jeden z najlepiej zachowanych średniowiecznych zespołów miejskich w Europie Środkowo-Wschodniej. Miasto było jednym z najważniejszych miast Transylwanii. W Sighisoarze urodził się Wład II Diabeł czyli Vlad Dracula a miasto do tej pory otoczone jest murami obronnymi i pełne średniowiecznych domów i uliczek. Nasze namioty rozbijamy na moim ulubionym kampingu, który znajduje się w środku miasta obok domu kultury ( Camping Central - 10 lei od osoby). Jest tu wszystko co trzeba turyście a na starówkę dosłownie idzie się kilka minut. Sighisoara najpiękniej wygląda wieczorem. Przecież to Transylwania, to tu urodził się Drakula. Wchodzimy na wieżę ratuszową, wdrapujemy się wysoko na stary niemiecki cmentarz, chodzimy w nocy po wąskich uliczkach z rynsztokiem pośrodku, a wieczór kończymy w knajpce która mieści się w domu Vlada.

Sighisoara - Biertan - Copsa Mica - 75 km
Z Sighisoary drogą numer 14 jedziemy na zachód w stronę miasta Medias, które leży w centrum Siedmiogrodu. W miejscowości Saros pe Tarnave odbijamy na południe i po 9 kilometrach docieramy do Biertan. W przewodniku wyczytałem, że Biertan znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO i nie można go ominąć. Miejscowość znana jest ze znajdującego się w niej jednego z charakterystycznych dla tego regionu kościoła warownego, najbardziej znanego i okazałego. Kościół stoi na wzgórzu ponad wsią, otoczony jest murami obronnymi i gotyckimi basztami. Wracamy do drogi nr. 14 i jedziemy do Medias. Teraz jest to miasto przemysłowe. Miasto jest również związane z postacią króla Polski, księcia siedmiogrodzkiego Stefana Batorego, który tu zaprzysiągł pacta conventa. Wieczorem dotarliśmy do Copsa Mica opisywanego jako najbardziej zanieczyszczone miejsce w Europie. Wybudowano tu hutę cynku, kadmu i ołowiu a nawet sadzy. Okolice zostały tak zatrute, że zakazano tu produkcji żywności a średnia życia mieszkańców spadła katastroficznie o 10 lat. Wieczorem otoczyła nas grupka cygańskich dzieci, tak brudnych że postanowiliśmy je umyć. W okolicy dworca był jakiś kran z wodą. Wyciągamy mydło i zachęcamy je do mycia. Dzieci uznały to za dobrą zabawę i po chwili ich twarze pojaśniały. Okazało się nawet że jedno z nich to ciemnoskóry kubańczyk. Jakim cudem znalazł się w rumuńskiej wiosce, niedowidziałem się. Jedziemy kilometr lub dwa i namioty rozbijamy już nocą w małym zagajniku.

Copsa Mica - Satu Mare - pociągiem (4 przesiadki)
Ktoś z naszej ekipy musi wracać szybciej z urlopu, więc ponownie wsiadamy do pociągu. Jedziemy jak najbliżej granicy węgierskiej. Przesiadamy się czterokrotnie, zmieniając jeden pociąg osobowy na inny. Podróż około 350 km przez liczne postoje zajęła nam prawie cały dzień. Miejscowość Satu Mare leży nad rzeką Somes około 13 km od granicy z Węgrami i 27 km od Ukrainy.

 

 

 

 


 

Satu Mare - Tokaj (HU) - 104 km
Na Węgry wjeżdżamy przez przejście graniczne Határátkelőhely-Csengersima. Sfotografowałem tablicę z tą nazwą bo w życiu bym jej nie zapamiętał. Mamy dobrą pogodę i dobre ścieżki rowerowe. Jedziemy szybko, bo teren jest w miarę płaski a temperatura właściwa. W Nyíregyháza robimy tylko krótki odpoczynek i wieczorem docieramy do Tokaju. Rozbijamy namioty na kempingu nad rzeką Cisą (węg. Tisza), i na zakończenie naszej wspólnej wyprawy idziemy do dobrej restauracji spróbować tradycyjnych przysmaków. Ja zajadam się ostrą zupą z karpia Halászlé a pozostali równie ostrym węgierskim gulaszem. Nie obeszło się oczywiście bez wypicia słynnego wina Tokaj pod pomnikiem Bachusa który zasiadł na beczce trzymając w rękach kielich i winne grono.

 

 



Tokaj - Mala Domasa (SL) - 130 km
Rano rozstaję się z całą ekipą i do Polski wracam sam. Tokajski region winiarski słynie z wybornego białego wina aszú i szamorodni.. Wszędzie gdzie by nie spojrzeć są winnice. Granicę ze Słowacją przekroczyłem w Sátoraljaújhely jadąc dalej drogą 79 przez Trebišov. Gdy zbliża się wieczór okazuje się że wioski i miasteczka które mijam zamieszkują głównie Cyganie. Może zdecydował bym się na nocleg, ale cygańskie dzieciaki lubią biegać za rowerzystami, i ciężko się od nich opędzić. Nie to że jestem uprzedzony, ale nie lubię jak ktoś usiłuje mi podczas jazdy opróżnić sakwy. Włączam latarkę w rowerze i jadę nocą jeszcze 30 kilometrów, aż docieram nad jezioro Malá Domaša. Namiot rozbijam w pobliżu słowackich wędkarzy. Wieczorem razem z nimi wypijam wino i słucham ich opowieści o Węgrach, których w tym rejonie Słowacji jest dużo. Jak dla nich to Węgrów jest za dużo i nie bardzo ich lubią. Cyganów też jest za dużo prawdziwych Słowaków za mało. Czyż pogranicze musi zawsze rodzić takie animozje ?
 


Mala Domasa - Rymanów Zdrój (PL) - 113 km

Rymanów Zdrój - Przemyśl - 114 km