Rugia (Niemcy) 2008

Pamiętnik z podróży ...

Przemyśl 1.08.2008 Wyjechaliśmy o 17.40 pociągiem o wdzięcznej nazwie „Przemyślanin” do Świnoujścia. Ostatni wagon zarezerwowany był dla kolonii, a według przepisów kolejowych w ostatnim wagonie na samym końcu mogą być przewożone rowery. Trasa Przemyśl – Świnoujście to najdłuższa trasa kolejowa w Polsce, bo liczy ponad 1000km. Polskie koleje jednak nie przewidziały przedziału dla rowerów a więc musimy wszyscy i z całym dobytkiem zmieścić się w przedziale. Trzy osoby i trzy rowery z sakwami w jednym przedziale więc wyglądaliśmy jak Cyganie w podróży. Hubert część drogi przesypia komfortowo na podłodze, testując niedawno załataną karimatę. Do Świnoujścia docieramy z kilkuminutowym opóźnieniem o 11.20. Delikatnie zmęczeni i wymięci jedziemy prosto na plażę, następnie odwiedzamy smażalnię ryb, gdzie tradycyjnie wcinamy flądry, a parę metrów dalej trafiamy na dymiącą wędzarnię. Obżarci morskimi rybami jedziemy rozbić namiot na kempingu. Popołudnie spędzamy na plaży wdychając jod w dużych ilościach. Jedynym zażywającym kąpieli w Bałtyku był Hubert, czyli nieoficjalny reprezentant klubu Morsów z Podkarpacia. Dla pozostałych nasze morze jest za zimne. W związku z durzą ilością niemieckich turystów, w jednym ze sklepów obok napisu „alkohol sprzedaje się tylko dorosłym” pojawił się napis w języku wspomnianych turystów „ tu jest Polska, więc mów po polsku”. Każdy ma prawo do nauki języków.
19,7km

3.08.2008-08-26
Zamierzaliśmy wyruszyć wcześnie rano, ale po nocy spędzonej w pociągu potrzebny był nam solidny wypoczynek. Wyruszyliśmy po 11.00 przejechaliśmy symboliczną granicę, którą jeszcze kilka lat temu nie było tak prosto przekroczyć. Dzisiaj tylko różnokolorowe słupki graniczne sygnalizują zmianę kraju. Od granicy zaczynają się dobre ścieżki rowerowe, którymi miło i bezpiecznie można przemierzać wybrzeże. Czym różni się polskie wybrzeże od niemieckiego? Po pierwsze jest spokojniej i ciszej, a po drugie czyściej i spokojniej. W Albeck robimy przerwę przy molo i tradycyjnie już nabywamy Fishbrötchen czyli kanapki ze śledziem zwane też Bismarkami. Obieramy kierunek Peenemünde. Pokonujemy całe mnóstwo zjazdów i nawet 16% podjazdów. Mijamy rowerzystów w każdym wieku, nawet takich którzy już dawno przekroczyli osiemdziesiątkę, a jednak z sakwami jadą gdzieś przed siebie. Sosnowymi lasami i polnymi drogami docieramy do muzeum w Peenemünde. Z Hubertem zwiedzamy tajną fabrykę, słynnej cudownej broni Adolfa, czyli rakiet V1 i V2. Tu prowadzono prace nad silnikami rakietowymi do śmiercionośnych rakiet. Po wojnie dzięki tym badaniom ludzie polecieli w kosmos. Wielu więźniów zginęło w tej fabryce, a pociski V2 niszczyły Londyn. Teraz oprócz pocisków i instalacji przemysłowych można podziwiać tu NRD-owskie samoloty i śmigłowce. Czas nas goni a chcemy przyjrzeć się też U-botowi (łodzi podwodnej) w radzieckim malowaniu. Cudem zdążyliśmy na ostatni stateczek do Freest. Płynąc tą łajbą mamy okazję jeszcze raz przyjrzeć się muzeum Peenemünde. Po kilkunastu minutach rejsu dobijamy do brzegu i trafiamy na kolorowy festyn. Karuzele, piwo, muzyka, smażone flądry i wesoła atmosfera. Dzisiejsze podjazdy dały się nam we znaki, więc po zjedzeniu kolejnych Fishbrötchen jedziemy prosto na kemping, położony niecałe dwa kilometry od tego miasteczka.
53km, 211m podjazdów

4.08.2008
Po bardzo deszczowej i wietrznej nocy, suszymy namiot i karimaty oraz żegnamy się z Belgami od których wieczorem dostaliśmy w prezencie butelkę francuskiego wina Merlot. Ruszamy dopiero w samo południe i nadmorskimi ścieżkami jedziemy przez Lubmin, Ludwigsburg, Kemnitz w stronę Greinsfwaldu. Ścieżki rowerowe zmieniają się, z asfaltowych na szutrowe, aż w końcu na brukowaną drogę. Po kilku kilometrach na bruku, śrubki w rowerze odkręcają się same. Docieramy do pięknego i całkiem sporego Greinsfaldu i nawet nie zauważyliśmy gdzie zgubiliśmy naszą rowerową ścieżkę. Kręcimy się chwilę po malowniczych uliczkach, aby w końcu za okazałym kościołem Marein Kirche wbić się z powrotem na nasz rowerowy szlak do Stralsund. Tuż przed wspomnianym Greinsfaldem odwiedzamy małą rybacką wioskę Wieck. Tu robimy przerwę przy pięknym zwodzonym, drewnianym moście. Miejscowość jest naprawdę urocza. Wzdłuż wejścia do portu ustawiono drewniane rzeźby, niczym kamienne posągi na wyspach Wielkanocnych. Po raz kolejny nasza droga wiedzie po bazaltowym bruku. W Kirchdorf szukamy pola namiotowego, którego adres wcześniej znaleźliśmy w Internecie. Niestety nie było nic co by je przypominało. Okazało się że tu tylko mieszka właściciel, położonego kilkanaście kilometrów dalej kempingu w Stahlbrode. Na dodatek zaczęła się ulewa, którą zmuszeni byliśmy przeczekać na przystanku autobusowym przyozdobionym malunkami w urocze świnki. Na szczęście padało niecałą godzinę, a po w nagrodę na niebie pokazała się piękna tęcza. Na kemping dotarliśmy jeszcze przed zachodem słońca. 
70km (5 godzin jazdy pod wiatr)

5.08.2008
O 10.00 wypoczęci opuszczamy kemping w Stahlbrode i z daleka obserwujemy jak mały prom zmaga się z silnym, bocznym wiatrem. Schowani za burtą po kilkunastu minutach kołysania docieramy na kolejną bałtycka wyspę – Rugię. Wieje potwornie, a my rowerzyści jak zwykle mamy pod wiatr. Przejechaliśmy kilka kilometrów a  zmęczeni jesteśmy jak po maratonie. Dotarliśmy do Garz gdzie robimy zakupy na cały dzień i po krótkim odpoczynku kierujemy się w stronę wybrzeża piaszczystymi dróżkami. Mijając Glowitz, docieramy do Putbus a dalej przez Nisteliz brukowaną drogą do Jagdschloss Graniz gdzie stoi śliczny myśliwski zamek z 1836 roku. Hubert podczas zjazdu miał mały wypadek, rozbijając kolano. Po prowizorycznym opatrunku, brukowanymi serpentynami dotarliśmy do zamku. Nieopodal Jagdschloss przebiega linia wąskotorówki po której mknie pociąg o wdzięcznej nazwie „Szalony Roland” (Rushing Roland). Piękny dymiący parowóz i wagoniki z epoki, wśród dębowych i bukowych lasów nadal oczarowują turystów. Dzisiaj wiatr nas nie oszczędzał, więc postanowiliśmy pokonać jeszcze kilka kilometrów i zanocować na kempingu w Prora. Tablica głosi że jest to ośrodek wypoczynkowy bundeswery. Armia niemiecka ceni się, płacimy po 6 Euro od osoby plus dodatkową opłatę za namiot. Kilkadziesiąt metrów dalej jest piękna piaszczysta plaża, na której ratujemy swoje odwodnione organizmy piwem i colą.
52km (max podjazd 11%)

6.08.2008
Pobudka o godzinie 8.00, śniadanie, prysznic, składanie namiotu, pakowanie sakw a ciepłe słońce mocno nas spowalnia i rozleniwia. Można już powiedzieć, że tradycyjnie wyruszamy po 10.00. Kilka kilometrów za Pora mijamy pozostałości ponad czterokilometrowego budynku z czasów II wojny. Ta imponująca budowla miała służyć jako sanatorium dla żołnierzy Wermahtu. Przed Sassnitz położony jest nowoczesny port, skąd między innymi wyruszają promy pasażerskie na Bornholm. Dodatkowa atrakcja to lot śmigłowcem Bell nad wyspą za 40 Euro. W Sasnitz jak to nad morzem, jest port a w porcie kutry a na nabrzeżu budki z kiełbaskami i piwem. Miejscowa atrakcja to angielski okręt podwodny, tej samej klasy co słynny polski ORP Orzeł. Zwiedzamy go z Hubertem, przeciskając się wąskimi przejściami i korytarzami. Ani ja, ani Hubert nie zostalibyśmy zaokrętowani z powodu nadmiernego wzrostu. Przekraczamy 174cm a to jest klasyczna długość koi. Dalej pniemy się dróżkami najmniejszego parku narodowego Niemiec do klifu Waldhalle, który podziwiamy z góry. Droga prowadzi przez lasy, raz jest to zwykła leśna dróżka, raz brukowana a wiedzie do najwyższego klifu Rugii Königsstuhl (118m). Tutaj drewnianymi schodkami schodzimy na plażę gdzie wszyscy poszukują kamieni z dziurką. My też kilka znaleźliśmy. Nasze rowery czekają na górze więc wspinamy się powoli robiąc przerwy na złapanie tchu. Nadal jedziemy brukowaną drogą do Niperow, a nasze tyłki od wstrząsów robią się obolałe. Do Juliusruch docieramy już wygodnie rowerową asfaltową autostradą i meldujemy się na kolejnym kempingu. Tym razem pobyt urozmaica nam koncert niemieckiego country. Dlaczego akurat ten rodzaj muzyki jest tu, tak popularny – nie mam pojęcia. 
57 km (369 m podjazdów)

7.08.2008
Dzisiaj w planie mamy Kap Arkona i tzw. Rugijski Nordcapp – czyli najbardziej wysuniętą na północ część tej niemieckiej wyspy. Po drodze zatrzymujemy się w pięknej wiosce Witt, gdzie wszystkie domy kryte są strzechą, uliczki wąskie i brukowane. Jest to jedna ze starszych osad rybackich, powyżej której wznosi się okrągły rybacki kościółek. Tradycyjnie kupujemy kanapki z marynowanym śledziem i na kamienistej plaży spędzamy parę chwil. 
Ścieżka rowerowa pnie się łagodnie w górę, aż naszym oczom ukazują się trzy latarnie morskie. Z Hubertem pokonując 150 schodków wchodzimy na największą z nich. Widok warty tej wspinaczki. Tu widać że Rugia to też rolnicza wyspa. Z jednej strony łany dojrzałego zboża a z drugiej morze po horyzont. Sama Arkona była kiedyś ważnym miejscem kultowym dla Słowian nadbałtyckich. Świątyni Świętowita strzegło 300 konnych wojów. W świątyni stał wielki posąg Świętowita, a sama świątynia pełniła funkcję skarbca państwa Rugian. Świątynia ta została spalona 12 czerwca 1168 roku z rozkazu duńskiego króla Waldemara I, który zagarnął jako łup wojenny skarbiec Świętowita. To sanktuarium było ostatnią pogańską świątynią Słowian. Upadek Arkony uwiecznił na płótnie duński malarz Laurits Tuxen.  Na pamiątkę ostał się jedynie współcześnie rzeźbiony, drewniany posąg Świętowita.  Z Arkony ścieżka biegnie górą wysokiego wybrzeża, w dole szumi morze a plaże zmieniają się z kamienistych w piaszczyste. Aby dotrzeć na brzeg morza, należy zejść stromą ścieżką wśród krzaków i wysokich traw. Te położone na uboczu miejsca upodobali sobie niemieccy nudyści. Z Bakenberg obieramy kierunek na Wiek a dalej w stronę Wittower Fahre gdzie promem przeprawiamy się na drugi brzeg. (3 osoby i rowery 5,70 Euro). Przez chwilę jedziemy główną drogą a po chwili skręciliśmy na komfortową,  asfaltową ścieżkę dla rowerów. Mijamy miejscowość Trent, następnie Gingst, i po dwóch kolejnych kilometrach docieramy na kemping położony przy prywatnym gospodarstwie. Na kempingu stoją głównie wszystkomające Kampery, a my rozbijamy swój skromny namiot trochę na uboczu. Obok namiotu stoi drewniany stolik z ławeczkami, więc kolację jemy przy świecach (czerwony znicz z supermarketu). Nad nami gwieździste niebo. To był bardzo upalny dzień !
( 16 Euro za 3 osoby i namiot + 3 Euro za 3 żetony pod prysznic)
62 km (4 i pół godziny jazdy)

8.08.2008 
Rano w Ginst, jeszcze przed wyruszeniem w trasę odwiedzam oddział Volksbanku i zamieniam dolarową stówkę na Euro. Złotówki nie są wymienialne. Tym razem nie ścieżką, a ruchliwą drogą docieramy do Samtens a następnie uważając na szybko przemykające samochody zmierzamy w stronę słynnego długiego mostu łączącego Rugię ze stałym lądem. Między Rugią a lądem jest jeszcze mała wysepka Dänholm, na której utworzono małe morskie muzeum. Podziwiając długi i wysoki most docieramy do pięknego Stralsund. W porcie zwiedzamy trzymasztowy szkolny żaglowiec Gorch Fock, który po wojnie trafił się jako łup wojenny do Związku Radzieckiego, zmieniając nazwę na Towariszcz, aby następnie w 1999 trafić do Niemiec i po raz kolejny zmienić nazwę na Gorch Fock. Historia kołem się toczy. Starego miasta w Stralsund nie wolno pominąć bo jest nadzwyczaj urocze i ładne. Za wstęp go kościoła Św. Mikołaja płacimy po 2 Euro. Co kraj to obyczaj. Kościół robi wrażenie, mimo trwających prac konserwatorskich. Deszcz luną znienacka, a my po raz kolejny robimy przerwę na słynne kanapki z rybą. Po jakimś tam czasie przestało padać więc wsiadamy na rowery i po brukowanej drodze jedziemy do Brandshagen. Trzęsie niemiłosiernie przez kilkanaście dobrych kilometrów do samego Reinbergu, gdzie odbijamy na kemping w Stahlbrode. Nocowaliśmy tu kilka dni wcześniej, a na recepcji witają nas z uśmiechem. Czujemy się jak u siebie. Zaopatrzeni wcześniej w zimne piwko, szybko rozbijamy namiot i idziemy na plażę, aby zdążyć na spektakl z zachodem słońca w tle.
56 km (1/3 po bruku)

opis nieskończony ...