Norwegia 2007



Pomysł na wyprawę zrodził się pod wpływem Przemka Pawłuckiego, który to Norwegię przemierzył już wszerz i wzdłuż. W planach miałem wprawdzie Mongolię, ale z przyczyn głównie finansowych muszę przełożyć na kiedyś tam. Dodatkowo po spotkaniu przy piwie z "Baltazarem" czyli Grześkiem Kajdrowiczem zdecydowaliśmy że będzie to kraina fiordów. Szybie przygotowania, rezerwacja biletów lotniczych, zakup jedzenia, opon, przewodnika itd...

Pamiętnik z podróży ...

7.07.2007
Samolot Norwegian Air do Oslo wylatuje z Warszawy o godz. 7.15. Na terminalu Etiuda trzeba być trzy godziny wcześniej. Sam wygląd terminalu, kolejki i sceny, które tam mają miejsce przypominają mi piesze przejście graniczne na Ukrainę w Medyce. Ogólny chaos. W Warszawie w mieszkaniu Baltazara zapakowaliśmy sakwy do większych toreb a na lotnisku zabezpieczyliśmy prowizorycznie rowery folią. Wylot z 20 minutowym opóźnieniem spowodowany był albo całą sytuacją przy odprawie albo złą pogodą w Warszawie.
Po 2 godzinach lotu i zerkaniu przez okno gdzie było widać tylko gęste chmury wylądowaliśmy na lotnisku w Oslo, a właściwie 40 km od niego. Po odbiorze roweru okazało się że gdzieś wcięło mi przedni błotnik. Na najbliższej stacji benzynowej usiłujemy kupić litr benzyny do Prymusa. Ruszamy drogą nr 35. Pochmurno ale nie pada. Mijamy tunele 3800m i 1100m. Robią na mnie wrażenie, bo pierwszy raz jadę tak długimi.  Kopelne przejazdy pod górami będą na porządku dziennym. Przydało by mi się lepsze oświetlenie. Drogą 34 jedziemy wzdłuż Randsffjorden do miejscowości Branbau. Przy szkole jest ładny plac zabaw i trawnik. Tu rozbijamy namiot. 71.5km


8.07.2007
Kończymy obfite śniadanie na trawie i ruszamy w drogę. Niestety zaczyna padać deszcz. Mijamy kamienny krąg Wikingów a następnie przystanek autobusowy z napisem Horn. Niestety nie udaje się nam odczarować pogody. Przestało padać i zaczęło lać. Docieramy do Hov i po raz drugi szukamy szkoły. Przy szkolnej świetlicy jest ładna zadaszona drewniana weranda, osłonięta z trzech stron ścianami. Dobre miejsce na nocleg, ponieważ nie trzeba rozbijać w deszczu namiotu. Dostajemy mało optymistyczne sms-y od rodziny dotyczące pogody na kolejne dni. 50km.




 

 


9.07.2007

Rano miła niespodzianka – przestało na chwilę padać. Po drodze w markecie robimy małe zakupy (tuńczyk –5kr, sardynki – 7kr, chleb – 15kr, Cola – 15kr) Mieszamy norweską Colę i spirytus przywieziony z kraju, a tak powstały drink nazywaliśmy NorColą. Mieszanka o właściwościach nieocenionych w chłodny wieczór. W Rodnes robimy losowanie kostką i tak wybieramy drogę przez most. Po drodze wpadamy na kemping i suszymy ubrania w suszarce (15kr). Za miejscowością Dokka drogą 33 jedziemy w stronę Fagernes. Na chwilę zatrzymujemy się nad rwącą rzeką i wodospadem w pięknym miejscu Molev. Magiczne to miejsce pełne (Hellerisninger) naskalnych rysunków z przed 6000 lat. Pokazało się słońce a niebo zrobiło sie błękitne. Zachwyceni zapominamy szybko o deszczu. Przed nami 12 kilometrowy podjazd i przerwa na przełęczy 760m gdzie robimy kisielek i herbatę. Jest 12 stopni ciepła i zaczyna znów padać. Zjeżdżamy do Aurdal i poszukujemy kolejnej szkoły w wiadomym celu. Przy boisku szkolnym stoi mały drewniany domek obliczony akurat na 2 osoby i 2 rowery. Deszcz staje się coraz mocniejszy a temperatura coraz niższa. Na szczęcie mamy dobrze wymieszaną NorColę. Odrobinę się rozgrzewamy i wsłuchujemy jak w daszek nad nami dzwoni deszcz. 75,5km

10.07.2007
Aurdal. Od rana leje jak przed nadejściem potopu. Nic nie widać, wszędzie gęsta mgła. Czekamy godzinami na lepszą pogodę. Ruszamy dopiero po godz. 19.00 i jedziemy do 1.00 w nocy. Wieczorem deszcz jest bardziej znośny. Kilometr albo dwa za Aurdal jest parking i stary domek (świetne miejsce na nocleg – zanotowałem to na przyszłość). W Mirde Hegge po raz kolejny stawiamy namiot obok miejscowej szkoły.
46,5km

 

 

 




11.07.2007

W Mirde Hegge pojawiło się słońce. Wyruszamy po godz. 11.30 i jedziemy do Bydgin a następnie stromym podjazdem w stronę parku narodowego Jotunheimen. Przy drodze 51 leży śnieg a jest to przecież środek lata. Temperatura spada do 6 stopni, zaczyna wiać bardzo silny i zimny wiatr. Ubieram na siebie foliowy płaszcz, bo to co nieprzemakalne już dawno nabrało wilgoci. Przy drodze stoi opuszczona drewniana buda bez dachu. Jest podłoga, są ściany więc jest to jakaś osłona od wiatru. Dla poprawiania nastroju robimy w naszym baraku ciepły kisiel wymieszany z bakaliami i dodatkowo wzmacniamy się łykiem Gorzkiej Żołądkowej. Udało nam się rozgrzać a przede wszystkim poprawić nastrój. Po godzinie 22.00 znowu zaczyna lać. Wewnątrz baraku stawiamy namiot. Osłoniliśmy się od wiatru ale niestety nie od deszczu. 32km

 



12.07.2007
O godzinie 7.20 ku naszemu zdziwieniu przestało padać. Wiatr wciąż wyje na deskach naszego schronienia a temperatura spadła chyba do 2 stopni. Po godz 8.00 zaczyna znowu lać. Pakujemy się i wracamy 10 kilometrowym zjazdem do jeziora Bydgin. Jest tu mały hotel. W ciepłej hotelowej restauracji czekamy na rejs przy ciasteczku i herbacie z odrobiną alkoholu z Polski, który to dyskretnie dolewamy sobie pod stołem.
Mały stateczek odpływa dopiero o godz. 14.20 i płynie jeziorem Bydgin do Eidsbugarden dwie godziny. (180kr). Objeżdżamy jezioro Tyin, mijając domki letniskowe Norwegów. Porośnięte trawą dachy i surowa okolica przypomina sceny z Władcy Pierścieni. Drogą 51 kierujemy się w Ovre Ardal. Najbardziej żałuje że na tak pięknej widokowej trasie leje jak z cebra. Z góry niczym z samolotu widzimy fabrykę aluminium, malownicze miasteczko a nad nim długie i wąskie chmury. Po lewej stronie drogi szumi górska rzeka. Zjazd 15km jest tak stromy, że musimy robić krótkie przerwy na schłodzenie obręczy. Po sforsowaniu 7 tuneli mijamy Ovre i jedziemy do Ardalstangen. Po 23.00 docieramy na kemping. Ciepła kąpiel (5kr), pranie a wreszcie kolacja w ciepłej kuchni odmienia naszą rzeczywistość. Stawiamy mokry namiot,  wypijamy po kubeczku NorColi i idyiemz spać. 78km.

13.07.2007
Piątek trzynastego był piękny. Po całonocnej ulewie i koncercie rozwrzeszczanych rybitw przestało padać. Nad górami szybko przesuwają się chmury odsłaniając niebo. Suszymy ubrania w suszarce, na śniadanie zajadamy ciepłe zupki i wcale nie chce nam się ruszać. Odrobina cywilizacji i ciepła szybko nas rozleniwia. Przez  niebieskie dziury w chmurach zaczynają przebijać promienie słońca. Zawsze wierzyłem w szczęśliwe trzynastki. Jedziemy do Fodnes mijając po drodze kolejne tunele od 0,8 do 2km i tu przeprawiamy się promem do Kaupanger (70kr). W Kaupanger mamy okazję zobaczyć pierwszy na naszej trasie kościół klepkowy (Kaupanger stavkirke), który został wybudowany w 1190 roku na ruinach dwóch wcześniejszych kościołów. Kilka kilometrów za miejscowością Sognal nad fiordem rozbijamy namiot w miejscu gdzie ktoś przed nami nocował. Niebo bezchmurne a po północy nadal jest jasno i przyjemnie. Miło jest poczytać książkę o 2 w nocy i posiedzieć przed namiotem. 58km.



14.07.2007
Pogoda zmienia się z minuty na minutę. Rozważamy kilka wariantów dzisiejszej trasy. Ruszamy do Fodnes. Po drodze kilka krótkich tuneli. Promem z Fodnes docieramy do Mannheller (75kr). Zaraz po wyjeździe z promu musimy wbić się w 3 kilometrowy tunel. Samochody z promu jadą falami, więc musimy odczekać na odpowiedni moment i szybko przepedałować. W Sogndal zapada decyzja – kierunek Lom. Kolejnym promem płyniemy do Ornes (15 min – 54kr). Bardzo stromym podjazdem, przerywanym podprowadzaniem rowerów docieramy pod najstarszy w Norwegii drewniany kościół klepkowy (Urnes stavkirke) wybudowany około 1130 roku. Drogą wzdłuż Lustrafjorden przez Kroken, mijając kilka nieoświetlonych tuneli docieramy do drogi 55. Przed miejscowością Fortun przy dwóch dużych wodospadach robimy krótki odpoczynek. Mamy problem ze znalezieniem miejsca na nocleg. Jedyne fajne miejsce to parking ze starymi i rozwalonymi samochodami. Pada deszcz, a my wbijamy się całkiem ładnego miniwana. Sucho i nie trzeba rozbijać namiotu. 64.5km


15.07.2007

Dziś budzi nas deszcz, dudniąc wielkimi kroplami o dach furgonetki. Dodatkowo hucząca rwąca rzeczka wzmacnia efekt klasycznej norweskiej pogody. Zmęczenie daje nam się we znaki coraz bardziej. Jak tu ruszać w drogę, gdy pada wieje a przed nami wielokilometrowy naprawdę ostry podjazd.
Podjazd tak jak myśleliśmy, należał do tych określanych mianem – ostra wyrypa. Zaledwie 15 km i ponad 1200m różnicy wysokości. Robiąc wiele przerw, dźwigając każdy w swoich sakwach około 40 kg bagażu dotarliśmy na przydrożny parking za Turango. Dobrzy Niemcy, którzy zrobili sobie nocleg kamperem, na widok zmordowanych i przemokniętych rowerzystów zareagowali błyskawicznie. Szybko przynieśli nam ciepłą herbatę, kanapki a nawet jakiś włoski alkohol. Życie czasem robi się piękne. Robert i jego żona opowiadali o wyprawach na Kamczatkę a ich pies Paul na kolację upolował Leminga. Po chwili pojawiają się następni turyści a rozmowa dotyczy wyłącznie pogody, a w zasadzie braku dobrych wieści na jutro. Jest 7 stopni ciepła a my idziemy spać do ciepłego kibelka dla inwalidów. Sporo miejsca dla nas dwóch i naszych rowerów.
16km
czas jazdy ponad 3 godziny

16.07.2007
Rano pojawiła bardzo gęsta mgła, a włąsciwie to niskie chmury. Po godzinie 10.00 pojawiają się piękne niebieskie dziury w niebie. Optymistycznie ruszamy w górę na wysokość 1440m. Dzień okazał się bardzo słoneczny i jest to drugi taki ładny dzień podczas naszej wyprawy. Do Lom prowadzi nas długi zjazd i tu w pełni doceniamy walory norweskiego krajobrazu. W Lom odwiedzamy największy i chyba najpiękniejszy Stawkirke w Norwegii. 20 kilometrów za Lom trafiliśmy na piękny darmowy biwak. Sosnowy lasek, rzeczka i stoliki. 90km / 5.05godz



 

 

 

17.07.2007
Wczesna pobudka przed godziną 10.00. Na śniadanie robimy chińskie zupki z puszką fasolki w sosie pomidorowym (3.90kr). Niestety ponownie zaczyna lać. Wracamy do namiotu i zastanawiamy się czy to już koniec tej dobrej pogody. W tym samym czasie w Polsce świeci słońce i jest ponad 30 stopni ciepła – ech. Dosyć siedzenia w namiocie. Zwijamy się szybko i obieramy kierunek Geiranger. Coraz mocniej pada, leje i wieje. Robimy przerwę przy WC nad jeziorkiem. Zmieniamy mokre na suche koszulki. Gorący kubek i kisiel miło rozgrzewa. Do Geiranger tylko 35 km a tu oberwanie chmury i wiatr tak mocny, że gdyby nie ciężkie sakwy, to odlecielibyśmy daleko od Norwegii. Temperatura poniżej 8 stopni, a przed nami zjazd 9% - tu widoki muszą zapierać dech w piersiach. My nie widzimy dalej niż parę metrów przed siebie. Namiot rozbijamy na stoku przy serpentynach obok małego domku. Tak przemarzłem, że Baltazar musi zrobić mi herbatę z odrobiną alkoholu. Po czasie w ciepłym śpiworze odżywam. Paskudnie !
67km


18.07.2007
Godzina 13.00 skończyło się oberwanie chmury. Nadal nic nie widać. Mgła jest gęsta jak mleko renifera. Zastanawiamy się czy nie jechać na jakiś kemping, wysuszyć ubrania, posiedzieć w ciepłym. Jest tak zimno i paskudnie, że wychodzenie z namiotu to już wyzwanie.  Do tej pory pokonaliśmy 650km w tym 90% w deszczu. Freier bóg deszczu wikingów, chyba nas nie polubił. Nie wiem dlaczego ? I tak zostaliśmy w tym miejscu na kolejną noc. Wodę do gotowania zbieraliśmy z cieknących skał. Dzień odpoczynku był nam potrzebny.
0km

 

 

 



19.07.2007
Wypoczęci i wyspani za wszystkie czasy wstajemy wyjątkowo wcześnie i jedziemy w stronę Geiranger na najbliższy kemping. Robimy pranie, suszenie i bierzemy ciepłą kąpiel. Jak miło. Pogoda zmienia się błyskawicznie. Na 15 min pojawia się słońce i tak szybko jak się pojawiło, znikło za chmurami. W Geiranger zaskakuje nas widok pełnomorskich olbrzymich wycieczkowych statków. My przeprawiamy się promem do Hellesyll (100kr). Płynąc długo Geirangerfjord mijamy piękną grupę wodospadów Siedem Sióstr. Wsiadamy na rowery a droga pnie się delikatnie w górę, za to później mamy kilkanaście kilometrów zjazdu do Styrn. Namiot rozbijamy kilka km za Styrn przy starej drodze omijającej tunel. Teraz wykorzystywanej tylko przez rowerzystów. Piękne miejsce z widokiem na Innvikfjorden.
70.37 km

 



20.07.2007
Wyjątkowo piękny poranek z widoczkiem na fiord. Wczoraj zerwałem ścięgno w nodze albo mocno stłukłem miesień. Posmarowałem nogę maścią na noc, ale rano nadal boli jak ch.... Pech, gdy robi się ładnie mi przytrafia się kontuzja. Ale dość sentymentów jedziemy do Briksdal. Piękna trasa wzdłuż jeziora, po obu stronach drogi wysokie góry a w oddali widać jeden z jęzorów lodowca. W Briksdal zostawiamy rowery na kempingu i pieszo docieramy pod jęzor lodowca Briksdalsbreen. Wreszcie możemy wykorzystać małe buteleczki Whysky przywiezione z Polski do sporządzenia klasycznego drinka. Whyskie z lodem z lodowca smakuje wybornie.
Wracamy na trasę i wracamy do Olden. Skręcamy w lewo w stronę Brykjelo. 10km od skrętu napotykamy chaty na łodzie a przy nich odrobię płaskiego terenu. Rozbijamy namiot.
67km

 



21.07.2007
Dla odmiany budzi nas piękne słońce. Widzę że Baltazar chętnie przeniósł by się w suche i ciepłe kraje. Noga jakby odrobinę mniej boli. Mijamy Invik jadąc wzdłuż Invikfjorden docieramy do Hamar, gdzie zaczyna się ostry 10 kilometrowy podjazd na przełęcz z punktem widokowym 630m. Po podjazdach, są zjazdy. Ten 7% zjazd do Byrkjelo daje w kość bardziej niż podjazd. W połowie góry muszę wymienić klocki hamulcowe bo starły się do zera. Dalej do Skei droga biegnie malowniczą i prawie płaską doliną. Za Skei skręcamy w drogę Nr.5 w stronę długiego tunelu. Do tunelu podjazd 8% i 2,5 km długości. Jest późny sobotni wieczór, więc ruch samochodowy zamiera. Przed tunelem informacja 6300m i zakaz wjazdu nam rowerzystom. Odwrotu nie ma. Odpalamy latarki i czołówki i jedziemy boczkiem w dół. W tunelu jest zimno jak w lodówce. Minęły nas tylko dwa samochody a nich delikatnie zdziwieni pasażerowie. Kilkadziesiąt metrów za tunelem po prawej stronie czeka na nas norweski parking, z toaletami, ciepłą wodą i widokiem na lodowiec Boyabreen. Mimo chłodu atakują nas komary i kąśliwe meszki. Psikamy na siebie obficie Offem i rozbijamy namiot. Piękne miejsce na nocleg.
77.5 km 5.54 min

22.07.2007
Poranek to Słońce i całe mnóstwo gęstych chmur. Zobaczymy co nam to przyniesie. Idziemy odwiedzić kurczący się lodowiec Boyabreen. W latach 60-tych lodowy jęzor był znacznie dłuższy, a tubylcy mieszkający w jego sąsiedztwie wyglądali jak Huculi z karpackich lasów. Trzeba ruszać w drogę, ponieważ musimy zdążyć na jedyny prom do Hella, który odpływao godz. 15,25. Po drodze do Fjaerland zatrzymujemy się przy pełnym cudów i multimediów centrum lodowcowym. Samo portowe miasteczko Fjaerland jest pełne antykwariatów. Przy drodze zwróciła na nas uwagę drewniana budka, czyli samoobsługowa wypożyczalnia książek. Chcesz książkę na zawsze – wrzucasz do skrzyneczki 10 Koron, jeśli masz inną na wymianę – wymieniasz. Po wybudowaniu tunelu ruch w miasteczku się zmniejszył, ale antykwariaty i hotel nadal trwają. Prom do Hella płynie półtorej godziny a za dwie osoby z rowerami płacimy ok. 350kr. Z Hella wzdłuż Sogndalsfjorden jedziemy do Kaupanger. Bezpośrednio przed Kaupanger jest ostry zjazd i lasek, rzeczka i mała polanka, czyli kolejna dobra miejscówka. Zaczyna mocniej padać.
62,7 km


23.07.2007
Pada jak to zwykle o poranku i jak co dzień. Chyba już się przyzwyczailiśmy do norweskiej aury. Przed godziną 10 z całą gromadą japończyków wsiadamy na prom do Gudwangen. Prom wyjątkowo drogi bo 500kr za 2 osoby to już wydatek. Nie wiem czy jest w tym jakaś dopłata za japońskiego pilota czy za widoki za burtą. Wycieczka karmi mewy głośniej, niż mewy są wdzięczne za to jedzenie. Do Flam, choć jest niedaleko musimy dostać się autobusem. Jest za wcześnie i za ruchliwo na drodze aby próbować przejechać ponad 10 kilometrowy tunel przed którym wisi duży zakaz wjazdu dla rowerów. Przy okazji na przystanku spotykamy pierwszą ładną dziewczynę w Norwegii. Jest to Ola z Poznania. O 16.25 odjeżdża Flamsbana, czyli górski pociąg do Myrdal. W okolicach stacji kolejowej co chwilę potykamy się o małe Trolle. Te olbrzymie, złe i głupie mieszkają wgórach.  Po drodze pociąg zatrzymuje się przy pięknym wodospadzie gdzie dla turystów przedstawiane jest widowisko, nimfy wodne i takie tam inne multimedialne cuda. Czas mija nam miło na rozmowie o pogodzie i świecie z Belgiem z Antwerpii i Norwegiem. O tym, że Norweskie piwo to okropnie drogie siki a norwescy rybacy mają gdzieś Unię i mierzenie śledzi linijką. W Polsce normy unijne zakazywały połowów śledzi poniżej 12 cm długości. A na polskich łowiskach głownie mają 11 cm. Stacja Myrdal jest na wysokości 850m n.p.m. Poniżej tej stacji, na stoku z widokiem rozbijamy namiot i obserwujemy widowisko przelewających się dolinami gęstych chmur. Odkrywam, że kończy się nam wódka i mi papierosy. Niedobrze. 4,2km na rowerze. Promu i pociągu nie wliczam.

24.07.2007
Ruszamy na najsłynniejszą w Norwegii rowerową trasą Rallarvegen. Droga została wybudowana w latach 1902 - 1904 na potrzebę budowy linii kolejowej. Na samym starcie spotykamy mocno zdziwionego rowerzystę, który dosyć nerwowo wytłumaczył nam warunki na trasie. Mniej więcej brzmiało to „ratunku jedziecie w odwrotnym kierunku”. No i oczywiście tak było - byliśmy jedynymi jadącymi w stronę Finse na dodatek objuczeni sakwami. Szutrowa ścieżka zmienia się raz kamienistą, raz w bardziej a raz w mniej ubitą, ale najmocniej dały nam w kość przeprawy przez śnieg. Śnieg miejscami był tak głęboki, że ledwie udawało się przeciągnąć nasze ciężkie rowery. I tak ze czterdzieści parę takich przeszkód na odcinku 8 kilometrów. Gdy tą malowniczą trasą dotarliśmy na najwyższy punkt 1342 m n.p.m, minął nas śmiałek z plecaczkiem i na monocyklu (cyrkowy jednokołowiec), wtedy pomyśleliśmy sobie że z nami wcale nie jest tak źle, że my pod prąd i że robimy wszystko aby było cieżej. Nagle droga się wypłaszcza na nawet robi sie prawie z górki. Mijamy jeszcze kilka śnieżnych zasp i jesteśmy na najwyżej położonym norweskim dworcu Finse (1222m n.p.m.). Robimy kolację na peronie i spotykamy grupę rowerzystów z Polski, którzy dotarli w pobliże samochodem i robią kilkudniowy objazd. Dostaliśmy polskie piwo ! Smak lepszy niż wino Bordeaux rocznik 85. Ze Sławkiem i Dorką miło gawędzimy o naszych wyprawach i planach wyprawowych. Namiot rozbijamy tuż przy dworcu.
39,7 km

25.07.2007
Budzi nas zimny poranek, za to nie pada i pojawia się słońce. Czegoż można chcieć więcej. Rallarvegen na tym odcinku to małe zjazdy i podjazdy. W tym właśnie momencie według moich obliczeń i licznika pokonaliśmy 1000km na rowerze. Docieramy do Haugastol na wysokość równą 1000 m .n.p.m. i tu nabywamy należne nam odznaki rowerowe - Rallarvegen 2007. Jest to pamiątkowa odznaka "nadawana" za pokonanie szlaku. Na wypożyczalni rowerów jest kamerka internetowa, przez którą obserwuje nas inspirator tej wyprawy Przemek PEPE Pawłódzki z Przemyśla. Machamy do kamery, dostajemy smsa że nas widziano i dalej mamy już piękny asfalt, kilka kilometrów podjazdu, wypłaszczenie i zjazd do Geilo. W międzyczasie przymusowa przerwa na posiłek i wymianę opony. Baltazar załatwił sobie na zjeździe oponę Schwalbe Marathon. Najprawdopodobniej przesadził z hamowaniem. Obręcz rozgrzała sie do tego stopnia że opona pękła. Przy okazji mam czas aby przyglądnąć się w skansenie - typowej norweskiej drewnianej zabudowie. Z Geilo drogą nr 40 wspinamy się trzykilometrowym ostrym podjazdem (7 - 9%) i szybkim zjazdem dojeżdżamy do Lia. W Lia skręcamy w lewo, ponieważ podjazdy są łagodniejsze, mniejszy ruch na drodze a dookoła lasy są pełne borówek. Tu na małej leśnej polance pokazał się na chwilę duży Łoś. To był jedyny łoś, którego widzieliśmy, choć znaki ostrzegają przed nimi dość często. Kilka kilometrów dalej przed mostkiem i nad rzeczką znaleźliśmy dogodne miejsce na biwak.
77.2 km 4g48min

26.07.2007
Dzisiaj mamy klasyczną norweską pogodę zmienną . Świeci słońce a za chwilę nadciągają gęste chmury i wieje wiatr. Po drodze która raz pnie się w górę a raz w opada jedziemy w stronę Rodberg. W dole są jeziora a w górze kraina wilka Langedrag Natur Park. Wilków nie widzieliśmy więc szczęśliwie dotarliśmy do końca jeziora Tunhovdfjorden skąd woda olbrzymimi rurami spada do elektrowni wodnej. Ostatnie serpentyny, ostatni karkołomny zjazd i ostatnia wymiana klocków hamulcowych. Co kilometr robimy krótkie przerwy chłodząc mocno rozgrzane obręcze. Tu w Rodberg skończyła się nasza deszczowa wyprawa, po pięknej malowniczej Norwegii. Przed sklepem zjedliśmy ostatnią porcję ziemniaczanej sałatki, popiliśmy norweską colą i już zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie by tu tak w przyszłym roku wyruszyć. A może by tak do ciepłych krajów ?
50,5km 3g34min

 



Podziękowania dla Gyvera - Dariusza Gałęzy najlepszego mechanika rowerowego w Przemyślu, który przygotował mi rower do wyprawy i sklepu AZYMUT w Przemyślu za dobre zniżki na sprzęt rowerowy i turystyczny.