Norwegia 2011

Pamiętnik z podróży ...

6.7.2012
Po raz pierwszy na tak długą wyprawę wyruszam sam. Z Przemyśla o 3.30 porannym pociągiem jadę do Krakowa. Mój syn Hubert towarzyszy mi aż na lotnisko w Balicach. Razem rozkręcanie roweru, pakowanie sakw przebiega znacznie sprawniej i szybciej. Z Krakowa do Oslo lecę samolotem Norwegian Air o 12.50 i po dwóch godzinach jestem już w Norwegii. W Oslo przesiadam się na kolejny samolot który leci za Koło Podbiegunowe do Alty. Wylot o 19.15 i lądowanie o 21.10. Tuż przed lądowaniem, gdy samolot zniża lot i przebijamy się przez chmury wyłania się prawie księżycowy krajobraz. Brak drzew, gdzieniegdzie małe jeziorka i resztki śniegu. Przełykam ślinę i zastanawiam się czy naprawdę chciałem tu trafić. W Alta na prawie pustym terminalu skręcam rower, rozpakowuje bagaże i po niecałej godzinie jestem gotowy do drogi. Jest jasno mimo że dawno minęła już godzina 22.00. Naprzeciw lotniska jest mały lasek a nim miejsce na piknik. Rozbijam namiot, zjadam ostatnią domową kanapkę, popijam herbatą z whiskie i czytam jeszcze chwilę przewodnik. Jeszcze nie czuję, że jestem na tak odległym bezludziu. O północy jest nadal jasno. Trzeba będzie się przyzwyczaić.
5,84km – 780m (na liczniku dyst. 1195km, wys. 11268m)

7.7.2011
Rano, opuszczając sosnowy lasek i jadę na zakupy do centrum Alty. Jest tu duży supermarket, w którym mają prawdziwy sklep monopolowy, co w Norwegii nie jest takie oczywiste. Najtańsza wódka w przeliczeniu na złotówki kosztuje 150zł czyli prawie 8 razy drożej niż w Polsce. Na pobliskiej stacji benzynowej ESSO kupiłem kartusz z gazem do kuchenki Primus. Altę opuszczam drogą E6 i podjeżdżam na wysokość 250 m n.p.m. a następnie na 350 m. Przede mną pojawia się przepiękny płaskowyż Finmark. Kilka razy przejeżdżam obok kramików z lapońskimi pamiątkami. Można kupić w nich skóry Reniferów, ręcznie robione czapki, rękawiczki i inne drobiazgi. Przed kramem Lapończyków zawsze stoi strzelisty namiot podobny do indiańskiego Tipi.
Na nocleg wybieram polecany przez kolegę Pepe parking ławeczkami, stolikami i toaletą. Woda płynie w rzeczce obok. Przy jednym ze stolików rozbijam swój namiot Troll II. NorCola, czyli Polski spirytus zmieszany z norweską Colą dobrze rozgrzewa i pomaga zasnąć w chłodną choć jasną noc.
76km, 792 m podjazdów, max 397 m n.p.m., czas 5,17, średnia prędkość 14,30 km/h.
Wódka 0,7 – 294Kr, Tuńczyk w oleju – 12Kr, Piwo w puszcze 35Kr

8.7.2011
Poranek jest słoneczny. Ruszam o 9.00 i nadal jadę drogą E6 na północny-wschód przemierzając samotnie puste przestrzenie. Teraz wiem że jestem we właściwym miejscu. Po paru godzinach pedałowania raz górę a raz w dół docieram do skrzyżowania z drogą E69 i tu skręcam na północ w stronę Przylądka Północnego. Jadę drogą wzdłuż Porsangerfjorden i teraz zaczynają się prawdziwe podjazdy, tym bardziej dla mnie ciężkie, gdyż daje mi popalić stara kontuzja kolana. Boli, ale nie mam do kogo narzekać. Spotykałem pierwsze renifery. Zatrzymuję się i robię zdjęcia, bo druga taka okazja może się nie zdarzyć. Po kilku kilometrach widzę stada w oddali, renifery przebiegają przez jezdnię, jadę za reniferami które śmiesznie i trochę pokracznie rozstawiają na asfaltowej drodze nogi na boki. Pedałując cały czas wzdłuż fiordu mijam trzykilometrowy tunel, kolejny półkilometrowy. Pogoda zmienia się z minuty na minutę. Raz świeci słońce, za chwile leje deszcz a po iluś tam kilometrach rozpogadza się i robi ciepło. Gdy docieram do podmorskiego tunelu Nordkapptunnelen na liczniku mam już ponad 120 km. Przed, na łące obok rzeczki rozbijam namiot. Jest pusto i było by zupełnie cicho, gdyby nie popiskiwanie wydobywające się od strony tunelu. Dźwięk powinien odstraszać renifery, które przypadkiem chciały by skorzystać z przejścia pod morzem. Biorę kąpiel w zimnej rzeczce, rozgrzewam się wspomnianą Nor-Colą i kładę się spać o 23.00 w kolejną białą noc.
124.2 km, 756 m podjazdów, 244 max. Wys. 7,12h jazdy

9.7.2011
Dzień zaczynam od pokonania tunelu Nordpapp o długości 6870 m. łączącego kontynentalną Norwegię z wyspą Magerøya. W tunelu robi się potwornie zimno. Szybko pokonuję 3 kilometrowy zjazd na głębokość ponad 200 metrów pod poziom morza. Od połowy tunelu zaczyna się ostry kilkunastoprocentowy podjazd. Co jakiś czas zjeżdżam na pobocze aby odetchnąć. Mordęga na raty, ale za to robi mi się cieplej. Mijam kolejne krótsze już tunele i docieram do miejscowości Honningsvåg. Zakupy robię w miejscowym sklepie i ruszam dalej. Ostatnie 30km na północ to dopiero prawdziwa katorga. Długie i strome podjazdy i niespodziewany upał. Słońce świeci prosto w twarz a temperatura przekracza 30’C. Niespodziewany upał jak na Norwegię i jak na najdaleko na północ wysunięty kraniec Europy. Robię przerwę w cieniu własnego roweru, bo grozi mi udar. Nie chciałbym zemdleć 5 kilometrów od celu i byłbym pierwszym turystą za kołem podbiegunowym któremu zaszkodziły upały. Docieram już prawie Nordkapp a tu niespodzianka. Bramka jak na autostradzie i od samotnego rowerzysty pobierają opłatę 150 Koron (prawie 70zł). Rozbój w wiecznie biały dzień. Na skalistym przylądku stoi budynek w którym jest restauracja, muzeum, sala kinowa w której wyświetlany jest panoramiczny film, o północnej Norwegii. Tym razem chłodzę się zimną colą, wysyłam pocztówki i na uboczu rozbijam namiot. Przed północą parking zapełnia się autokarami. Przyjeżdżają wycieczki z niemieckimi, polskimi a nawet z japońskimi turystami. Nagle robi się gwarno, strzelają migawki aparatów. Jeszcze rano wyobrażałem sobie to miejsce jako mroczne odludzie. Słońce schodzi prawie do horyzontu aby po pewnym czasie zacząć się wznosić. Piękny spektakl mija i znikają wszystkie wycieczki. Zostaje tylko garstka prawdziwych turystów, którzy dotarli tu pieszo, rowerem lub motocyklami. Robi się cicho a do mojego namiotu, szukając trawy podchodzą dwa renifery.
58,5 km, 4.53 h jazdy, 1102 m przewyższenia, max podjazd 18%

10.07.2011 Niedziela
Nordkapp o poranku był taki, jakim go sobie wyobrażałem. Pod metalowym globusem, symbolem tego miejsca nie było nikogo. Tylko wiatr i huk morza. Droga powrotna przeważnie wydaje się lżejsza. Temperatura dzisiaj spadła o kilkanaście stopni, ale góry pozostały te same. Trzeba sporo wysiłku aby pokonać drogę. Norwegia zmienną jest i dobrą pogodą należy cieszyć się szybko. Deszcz pada przez kolejne 70 kilometrów i wieje boczny wiatr. Czyżby to zapłata za dobrą pogodę na Przylądku Północnym? Przed podmorskim tunelem jest parking, toalety i elektryczność. Gotuję sobie coś ciepłego i przegryzam kawałkiem chałwy. Mogę obżerać się bezkarnie, bo wiem że zaraz spalę nadmiar kalorii. Tym razem 4 kilometry zjazdu tunelem pod dno morskie i 3 kilometrowy stromy wyjazd. Kolano boli mimo że nasmarowałem ketanolem i połknąłem Ibum. Każdy najmniejszy podjazd pokonuję na najlżejszym przełożeniu. Po 102 kilometrach bólu, decyduje się na nocleg przed kolejnym tunelem w pobliżu rzeczki. Nie mogę korzystać z uroków samotności leżąc na zewnątrz, gdyż nie jestem tu sam. Paskudne komary tną niemiłosiernie.
102.4 km , 1070m podjazdów, 13% maks, czas 7.10 min. Średnia 14.2km/h

11.07.2011 Poniedziałek
Pada, leje, wieje i tylko na krótko się przejaśnia. Kolano boli mnie coraz bardziej. To że sobie głośno krzyknę niewiele pomaga. Jadę tą samą drogą co kilka dni temu, ale w deszczu Finmark wygląda inaczej. Reniferom, jedynym towarzyszom mojej podróży deszcze nie przeszkadzają. Snują się na poboczach, wybiegają na jezdnię wywołując zamieszanie wśród nielicznych kierowców. Chciałem dotrzeć do Finlandii, lecz tak kiepska pogoda zmusiła mnie do zmiany trasy. Od rybaków dowiedziałem się że tam gdzie chciałem jechać ma lać przez tydzień, a po drugie kolano boli mnie już tak, że nie wiem czy podołam. Przyjechałem tu aby zobaczyć też Lofoty. Wracam więc do Alty. Jest 11’C, nadal leje a po 78 kilometrach dotarłem na parking nad rzeczką, ze stolikami i kibelkiem, na którym nocowałem drugiego dnia.
78km, 650 m przew. Czas 5,44h, maks. wys. 238 m. n.p.m

 

12.07.2011
Parking z którego wyruszam leży przy trasie E6, 20 kilometrów za Skaidi i 68 km. Przed Alta. Na podjazdach oszczędzam kolano jak mogę. Nad jeziorem Leirbotnvannet robię przerwę obiadową. Mimo pochmurnego dnia, licznych podjazdów jest pięknie. Gdy pokonuję szybko stromy zjazd i docieram blisko Altafjorden wychodzi słońce. Zatrzymuję się, rozstawiam statyw i robię panoramiczne zdjęcie. My rowerowi turyści nazywamy to Fotopauzą. Fotopauza to krótki odpoczynek usprawiedliwiony zrobieniem zdjęcia. Przed Altą jest kemping i tu postanawiam przenocować. (80kr namiot + 20Kr żetony na prysznic). Po chwili obok mnie namiot rozbijają w kolejności Szkot z rowerem, Szwajcar z motorem oraz Niemiec z rowerem. Wieczór spędzamy na oglądaniu rowerów, sakw, aparatów i opowiadamy o własnych podróżach. Wszyscy jadą na Nordkapp więc pokazuje na mapie podjazdy, tunele i sklepy.
63,6 km, 4.18 jazdy, 513 m przew. (ogólnie 504,5km drogi)
 

13.07.2011
Przejeżdżając przez Altę, co jakiś czas mijam mamy z wózkami. Niby nic ale 6 kolejnych matek miało w wózkach bliźniaki, a czegoś takiego nie spotyka się codziennie. Czas opuszczać to miasteczko, bo niewiadomo co się może człowiekowi przytrafić. Przy wyjeździe z Alty w stronę Narwiku, na stoku nad fiordem mieści się niezwykłe muzeum rytów naskalnych. (wstęp 85kr). Na skałach wygładzonych przez lodowiec znajduje się największy zbiór rysunków naskalnych w północnej Europie. Rysunki naskalne przedstawiają, myśliwych, rybaków, renifery, polowania i pochodzą z okresu 6200 do 2000 r p.n.e. Wszystkie rysunki dzięki wypełnieniom czerwoną farba są doskonale widoczne. Drewnianymi ścieżkami i pomostami, krążę wśród skał z widokiem na fiord. Profil drogi wzdłuż Altafjorden przypomina EKG rowerzysty z palpitacją serca. Gdy słońce pojawia się czasem na kilka minut widoki zachwycają. Na zmianę, wiatr, deszcz, słońce, tęcza, temperatura nie przekracza 11’C a droga umyka. Gdy dojeżdżam do Langfjorden wiatr robi się naprawdę mocny. Kolana bolą mnie teraz na przemian. To wina zbyt wielkiego bagażu i obładowania. Moja głupota. Następnym razem spakuję mniej ! Postawiłem tu wykrzyknik aby zapamiętać własne słowa! Dzień kończę mając na liczniku 80 km. a w sakwie norweskie piwo Arctic. Obok parkingu z toaletami jest wykoszona i osłonięta od wiatru łączka. Na kolację gorący kubek, a do snu pyszne piwko. (cienkie to piwo w puszcze za 25kr)
84.3 km, 822m. podjazdów, maks. wys. 96m, czas 6.32h (ogółem 589km)

14.07.2011
Gdzieś pod sklepem spotykam młodego francuza Nikolasa. Ma 24 lata, mieszka na południu Francji niedaleko Włoskiej granicy. To jego pierwsza wyprawa. Dotarł tu jadąc z Oslo rowerem. Powiedział że za chwile na mojej trasie będzie stromy podjazd. I rzeczywiście był od 0 na 290 m n.p.m. ale dopiero serpentyny które były następne dały mi popalić. Podjazd dziele na raty, 50 m przewyższenia i krótka przerwa. Podjazd nie ma końca. Sto metrów w górę, dwieście, trzysta. Wieje wiatr, pada deszcz a temperatura spada do 6’C. Gdy docieram na przełęcz 408 m n.p.m. wiatr miota mną na boki aż z trudem utrzymuję równowagę. Niech to się wreszcie skończy, sam do siebie przekrzykuję wiatr. Góra która oddziela dwa fiordy, a z której mało mnie nie zwiało nazywa się Nuovas. W końcu droga opada i odpoczywam na długim zjeździe. Kilka kilometrów pokonuje szybko, ale że wcześniej rozebrałem się aby nie przegrzać się na podjeździe, na dole sztywnieję z zimna. Mijam jezioro Ákšovuonjávri i widzę już fiord. Po lewej stronie drogi jest zagajnik i trochę płaskiego terenu pod namiot. Wodę na zupkę i kisiel gotuję w namiocie. Wiem że tego nie powinno się robić i to wyjątkowo niebezpieczne, ale jestem przemarznięty, wiatr wieje coraz mocniej a deszcz nie przestaje nawet na chwilę. Rozrabiam spirytus z colą, ubieram to co mam suchego i pakuje się do śpiwora. Nie wiem czy bez „rozgrzewaczy” udało by się zasnąć.
81 km. 1081m przewyższeń, max. Wys 408 m n.p.m., maks. n. 13%, czas 6,47h (ogółem 669km)

15.07.2011 piątek
Rano 9’C a w południe wychodzi słońce i robi się ciepło 12’C. Jadę drogą wzdłuż fiordów. Przestaje padać, i pojawia się tęcza. Kupuje fasolkę w sosie pomidorowym, a obiad przygotowuje na przystanku autobusowym. Na dachu przystanku swoje gniazdo ma Ostrygojad, czarnobiały ptak z długim pomarańczowym dziobem. Robi wszystko aby zwrócić na siebie uwagę i odciągnąć od gniazda. Gdyby siedział cicho nawet nie wiedziałbym że istnieje. Może ewolucja coś na to poradzi. Ostrygojad uspokaja się gdy odjeżdżam. Gdy wyszło słońce po drugiej stronie Fiordu Lyngen wyłaniają się ośnieżone góry. Ostatnie 20 kilometrów przed promem towarzyszy mi na rowerze młoda Norweżka z Narwiku. Jest to jej pierwsza kilkudniowa wyprawa do rodziny która mieszka na północy. Prom z Olderdalen odpływa o 19.20 i kosztuje 40kr. Z Lyngseidet ruszam drogą Nr. 91. Słońce nocą jest piękne, góry nabierają uroku, staja się plastyczne i mienią się na złoto, żółto i pomarańczowo. Po przejechaniu 10 – 15 kilometrów od promu trafiam na małą polankę, z widokiem na fiord i gorę na stoku której śnieg przyjął kształt wielkiego jaszczura. Teraz żałuję że nie mogę podzielić się takim widokiem i taką chwilą.
89,8 km, (759 km ogółem), 791 m przewyższenia, czas na rowerze 6.35h

16.07.2011
Nie wiem dlaczego drętwieją mi palce w prawej dłoni. Najprawdopodobniej od chłodu i deszczu. Teraz lewe kolano mnie napier… Ech narzekam i zaczynam się psuć. Rano wymieniłem wszystkie klocki hamulców. Ośnieżone góry wyglądają pięknie. Świeci słońce a temperatura rośnie aż do 16’C. Droga nie odbiega od normy, czyli nieustające zjazdy i podjazdy. Gdy docieram do Breivikeidet na prom muszę poczekać ponad godzinę. W kolejce obok mnie stoją francuscy motocykliści. Podziwiają mój obładowany rower i pokonane kilometry. Podobają mi się ich duże motory BMW o pojemności 1200. Proponowałem wymianę na mój rower KTM ale nie chcieli. Gdy dojeżdżam do Tromso, nadciągają chmury i robi się zimno. Zmienna i kapryśna ta Norwegia. Trzy kilometry za wielkim mostem w Tromso jest kemping. Tani nie jest bo płacę za namiot 165 Kr. Za to nie trzeba płacić za prysznice i mam kuchnię do dyspozycji. Dostaje tajny kod do wszystkich drzwi (1009). Wieczorem wsiadam na rower bez skaw, który rwie się jak jakiś rumak i wybieram się na zwiedzanie miasta. Jest już 22.00 i tylko w kilku pubach słychać pijackie śpiewki. Czym, jaką ilością i za ile nawalili się w tej drogiej Norwegii. Piwo w pubie kosztuje 70 - 100 Kr. (prawie 50zł).
74,6 km (razem ze zwiedzaniem) bez chyba 64km., 834m przewyższenia (bez 628), maks. wys. 112m.
Ceny w sklepach COOP. Piwo Arctic – 20Kr, Fasolka z pomidorach X-tra – 6Kr., Pieczywo Wasa husman – 16Kr, Tuńczyk w puszcze – 12Kr, Ser brązowy w plasterkach – 19Kr.

17.07.2011
Wyjeżdżając z Tromso musiałem kierować się w stronę lotnika. Przed wjazdem do tunelu wisi zakaz wjazdu rowerem. Pomyślałem że tunel w mieście musi być krótki i przemknę przez niego niepostrzeżenie. W tunelu mijam jedno rondo, drugie rondo, rozgałęzienia we wszystkie strony. Tunele są pod całym miastem i ciągną się kilometrami. Jadę dalej przez wyspę Kvaloya do Brensholmen skąd płynie prom na wyspę Senja. (cena promu dla rowerzysty – 70Kr). Przez niezliczone tunele, krótkie 350 metrowe i dłuższe ponad dwukilometrowe dotarłem do Skaland. W Skaland namiot rozbijam na pięknej pustej plaży. Jest tu też cywilizacja, bo po drugiej stronie drogi stoi toaleta. Widoki które dzisiaj miałem okazję podziwiać, nie różniły się od innych z poprzednich dni. Góry, fiordy, cisza i cudownie puste odludzia.
94,8 km (ogółem 929 km), podjazdy 827m, maks. Wys 171m, 12%, czas 7.15 h

 

18.07.2011
Poranek na wyspie Senja jest jednym z piękniejszych, podczas tej wyprawy. Miejsce w którym nocowałem przypomina mi Alaskę, raczej tak sobie ją wyobrażam. Droga 862 poprzecinana jest tunelami, i wznosi się od poziomu fiordu na 280 m n.p.m. Po niewielkich podjazdach trzeba wspiąć się na 180 m i za chwilę zjechać do 0m. Bagażu nadal mam za dużo, a kolano boli jak co dzień. Po przejechaniu 55 kilometrów dotarłem do miasteczka Gryllefjord gdzie czekam półtorej godziny na prom do Andenes. Robiąc zakupy w sklepie, na moje pytanie dlaczego nie ma wody mineralnej w dużych półtoralitrowych butelkach? Właściciel odpowiedział że tu pija się wyłącznie wodę z kranu, bo jest lepsza niż ta plastikach. Na obiad jem fasolkę, pieczywo Wasa, słodki brązowy norweski ser, banana i piwo. Sporo kalorii, ale codziennie spalam ich ponad 6 tysięcy. Prom przypływa po 19.00, szybko zmienia pasażerów i wypływa do Andenes. Półtoragodzinny rejs spędzam na górnym pokładzie. Wieje, kołysze ale widoki są piękne. (cena promu - 185Kr.) Miasteczko Andenes pełne jest wojskowych anten i różnych innych krótkofalowych instalacji. Z portu Andenes wypływają statki na Safari Wielorybnicze, lecz dzisiaj nie ma chętnych. Jadę mijając kolorowe domki, kemping i kieruję się w stronę miejscowości Belik. Tuż przed miasteczkiem jest piękna plaża, wydmy porośnięte kwiatami. Zatrzymuję się natychmiast i rozbijam namiot wśród fioletowych kwiatów.
66,8km (996km ogółem), 777m podjazdów, 283 maks. Wys. 10% maks. nach.

19.07.2011 Wtorek
Dzisiaj bardziej napiłbym się dobrego wina niż robił te notatki. Napiłbym się jakiegokolwiek wina. Z wyspy Andora wyruszam po 10.00 i nagle orientuję się że droga jest przyjemnie płasko. Tak jak za Andenes jak i Bleik stoi mnóstwo antenowych instalacji. Małe i wielkie anteny skierowane w niebo, które wyglądają jak sieci rozpięte na wielkich masztach. Ta pozostałość zimnowojenna wykorzystywana jest do dzisiaj, i służy do obrony Północnej Europy. Piękne miejsca, a na dodatek zrobiło się bardzo ciepło. Temperatura przekracza 21’C, ale na horyzoncie widać już złowieszczą ciemną chmurę. Po dwóch kilometrach zaczyna delikatnie kropić. Zatrzymuję się, zakładam kurtkę, wodoodporne spodnie i przez kolejne dwie godziny zmagam się z ulewą. Po deszczu zrobiło się parno. Niespodziewanie dołączył do mnie młody Niemiec Johanes. Rozmawiamy o podróżach, opowiada gdzie na rowerze można wybrać się do Niemiec, a ja zachwalam mu Polskę. Gdy dotarliśmy do drogi 82 rozdzielamy się, bo każdy z nas przyjechał tu sam i samotność ceni sobie najbardziej. Słońce, góry, fiordy i tak w siodełku mija mi dzisiaj 100 kilometrów. Kilka kilometrów przed Stand i mostem na Langoya, w zagajniku wśród wrzosów rozbijam namiot. Jim Morrison pisał: Rozdroże - miejsce gdzie duchy przebywają, by szeptać do ucha podróżnym i czynić im ciekawym ich własny los.
102,6km, 509m podj., maks. wys 70m n.p.m., 7.40h jazdy.

20.07.2011
Przede mną wyspa Langoya. Do Sortland prowadzi wysoki na 30 metrów most. Podjazd na most jest bardzo stromy. Dalej droga jest prawie płaska, a wokół rosną łany Wierzbówki o fioletowych kwiatach. Jest pięknie. Mógłbym zostać w tym miejscu na zawsze. Mijam portowe miasto Stokmarknes i docieram do Melbu. Prom odpływa po 18.00 (35Kr). Po 30 minutach jestem na wyspie Austvågøya. To już Lofoty, i szkoda że właśnie skończyła się krótka chwila dobrej pogody. Wielkie chmury wiszą bardzo nisko, zasłaniając góry do połowy. Kilometr od promu stoją stoliki przy których gotuję ciepły obiad. Dzisiaj nie mam zamiaru pedałować więcej, a poza tym do końca Lofotów zostało tylko 170 km. Mogę zwolnić i cieszyć się naturą. Dostrzegam mały zjazd i odrobinę miejsca pod skałą na namiot i ognisko. W bagażu mam malutką podróżną Sziszę (fajkę wodną), którą pożyczył mi na drogę mój kumpel Andrzej, a z której wieczorem wypalam odrobinę jabłkowego tytoniu. Orientalny zapach na północnym odludziu. Słucham z telefonu pana Wimme wpatrując się w ogień. Każda noc ma swoją magię.
69,9km, 271 m podjazdów, maks wys. 39m (ogółem 1159km)

21.07.2011
Dzisiaj nie musiałem się śpieszyć. Jechałem powoli, chłonąc piękno Lofotów. Przed Svolvaer spotkałem małżeństwo francuzów na tandemie, z doczepionym wózkiem z tyłu. W wózku spał smacznie mały czteroletni turysta. Opowiadali o problemach logistycznych, związanych z planowaniem podróży, a zwłaszcza przelotów z tak długim rowerem. Ponoć po odkręceniu kół, ich rower mieści się w kartonie, którego wymiary i wagę nieprzekraczającą 23 kilo akceptują linie Air France. Francuzi powiedzieli mi że warto skręcić z drogi E10 za Orsvag, ponieważ przed górą Vågakallen (942m. n.p.m.) jest ładna plaża i łąka na której biwakują wspinacze. Są tu oczywiście toalety i woda. To tylko 3 kilometry od głównej drogi E10. Wcześniej skręciłem w prawo, i omyłkowo dotarłem do jakiegoś gospodarstwa. Należy jechać prosto i odbić w lewo. Do tej pory świeciło słońce, ale nad tą wysoką górą zawisła wielka chmura, a w jej cieniu temperatura spadła do 12 stopni. Rozbiłem swój namiot Troll, rozmaiłem colę, zrobiłem herbatę i tak ogrzany patrzyłem jak nad górą przewalają się chmury.
54,5 km (1214km) 429m. podjazdów, maks wys. 37m

22.07.2011 piątek.
Zacznę od końca. W Oslo był wybuch. Bomba wybuchła w centrum miasta obok jakiegoś rządowego budynku. Ktoś strzelał na jakiejś tam wyspie na młodzieżowym zjeździe partyjnym. Oslo zablokowane. Zablokowany jest też port lotniczy. Tyle dowiedziałem się od jakiegoś Norwega. Robiąc sobie zdjęcie przy znaku Horn, mija mnie trójka rowerzystów. Wśród nich rozpoznaję Niemca Johannesa, którego spotkałem już wcześniej. Mówi że jadą na kemping oddalony o jakieś 20 km. Mijam ten ekskluzywny kemping na którym nocować można wyłącznie w domkach. Po czasie dogania mnie Johanes i pyta czy szukam sobie noclegu. Jeśli tak to jedzie ze mną, bo na tak drogi kemping go nie stać. Z drogi 815 skręcamy w 817 w stronę Stamsund. Dostrzegam zjazd nad morską zatoczkę, i fundamenty rybackiej chatki. Jest trochę płaskiego terenu więc rozbijamy namioty i robimy jedzenie. Gdy włączam telefon dostaję kilka sms-ów. Co tam się dzieje w tym Oslo? Grzegorz lepiej wracaj ... itd. Johanes mówi że jego rodzina też się martwi o niego. Do Oslo mamy tyle kilometrów co z Oslo do Krakowa, więc nie czuję zagrożenia.
Rano. Dzień nie zapowiadał się szczególnie. Wiało jak zwykle. Postanowiłem zobaczyć wioskę rybacką Henningsver. Przed wjazdem stoją charakterystyczne drewniane konstrukcje przeznaczone do suszenia ryb. Wysuszone na wolnym powietrzu i w niskiej temperaturze ryby to Sztokfisze. Przy jednym z kilku mostów jest pomnik łodzi, z której słynie ten region. Kręcąc się po miasteczku, przy magazynie pełnym sztokfiszy spotykam poznaną wcześniej Francuzkę z tandemem a po chwili dołącza jej mąż Manchado. Zamieniam się na chwilę rowerem, i sprawdzam jak się jeździ takim długim tandemem. Czuję się jak kierowca długiego Tira. Robimy sobie nawzajem pamiątkowe zdjęcia i każdy rusza w swoją drogę. Dzień był mało fotograficzny i zimny. Spotkałem za to pokrewne dusze.
79km. (1292km) 553m. podjazdów, 5,42 h pedałowania

23.07.2011
Żegnam się Johanesem. Każdy z nas jedzie w swoja stronę. Okrążam półwysep mijając Stamsund i Steine docieram do drogi 815. Teraz kilka wysokich mostów dzieli mnie od Leknes. Pochmurno, pada, wieje i jest 12’C. W Leknes jest sklep więc robię podstawowe zakupy plus tubkę kawioru do urozmaicenia diety. Z drogi E10 skręcam na północ i jadę do wioski Vikten. W wiosce produkowane jest piękne szkło. Są to proste i ascetyczne formy, jak wszystko co Skandynawskie. Ceny za te cuda, są jak dla mnie zbyt wysokie 500 – 700 – 1500 Kr, a z drugiej strony obawiam się że mógłbym nie dowieźć do domu tej kruchej sztuki. Wracam do drogi E10, okrążam fiord i kilometr za kempingiem w Skagen rozbijam na łące obok parkingu namiot. Są tu toalety z ciepła wodą. Od Norwegów którzy nocują tu w kamperze pożyczam lusterko, aby ogolić zarośniętą od dwóch tygodni twarz. Po kąpieli idę podziwiać spektakl zachodzącego słońca. Tutaj na dalekiej północy słońce nie chowa się do morza, tylko zawisa nad horyzontem aby po godzinie zacząć się wznosić. Jest nadal jasno i kolorowo mimo że zegarek pokazuje już północ. Moja Norwegia to deszczowe i wietrzne dni, piwo Arctic i zachody słońca. Niesamowita przestrzeń w której się chyba zakochałem.
Widziałem też dzisiaj norweskie flagi opuszczone do połowy i smutnych ludzi. Na pierwszych stronach gazet drastyczne zdjęcia i tytuły w stylu Tragedia w Oslo , Szaleniec strzelał do dzieci, Masakra na wyspie Utoya. Ciężko w to uwierzyć.
61.3km (1354km), 554 m podjazdów, Maks wysokość 128m n.p.m., maks. nachylenie 16%

24.07.2011 Niedziela.
Jest niedziela a mimo to znalazłem dwa otwarte sklepiki, choć w Norwegii jest to dzień wolny od pracy. Bardzo mnie to ucieszyło, wiec postanowiłem zaszaleć i kupić dzisiaj dwa piwa. Przepraszam nie sprzedajemy w niedzielę alkoholu, a dodatkowo zasłaniamy półkę zasłoną, aby nie drażnić ludzi, usłyszałem od sprzedawcy. Ech ta poprawna Norwegia. Dzień był pogodny i dzięki temu że dociera tu ciepły prąd zatokowy Golfsztrom temperatura podskakuje do 20’C. Przed Reine pierwszy raz w tej części Norwegi trafiłem na sklep gdzie można kupić ryby. W sklepiku są Fiskeburgery (rybne burgery) za 70-80 Kr. W małych foliowych torebkach kawałki Sztokfisza (35Kr), suszone tusze Sztokfisza w cenie powyżej 120 Kr za sztukę oraz kawałki nie znanych mi ryb za jeszcze większe pieniądze. Są jaja mew oraz miejscowe ziemniaki mniejsze od wspomnianych jaj. Ja zdecydowałem się na pachnące wędzone ryby. Gdy dotarłem do urokliwego Reine zaczęło kropić. Archipelag Lofotów zachwyca pięknem przyrody i krajobrazów. Poszarpane szczyty gór zanurzone w lazurowej wodzie, w górze skryte w chmurach. Przede mną słynna wioska Lofotów - Å której nazwę wymawiamy jako O. Å jest ostatnią literą norweskiego alfabetu. Jest to też ostatnia miejscowość na Lofotach, której mieszkańcy utrzymują się z rybołówstwa i sprzedaży sztokfisza. Tuż za tą miejscowością, na samym już końcu Lofotów jest piękne widokowe miejsce, gdzie można rozbić namiot. Na parkingu zauważyli mnie Polacy, których spotkałem kilkaset kilometrów wcześniej. Wymieniamy się opiniami o miejscach, które widzieliśmy. Po kilku tygodniach sam na sam z przyrodą, miło było porozmawiać chwilę w ojczystym języku. Wieczorem przy namiocie towarzyszą mi małe ptaszki które podchodzą na wyciągniecie ręki zwabione kawałeczkami sucharów.
43km, (1397km) 423m podjazdu, maks wys. 68m

25.07.2011. Poniedziałek
Miałem dzisiaj wyjść na górę nad Reine i sfotografować piękną okolicę. Niestety całą noc lało, lało też do południa i po. Prom do Bodo odpływa o 14.00 i ze wspinaczki i fotografowania nic mi nie wyszło. W porcie w Moskenes spotkałem Marcina i Karolinę z Wałbrzycha. Przegadaliśmy trzy i pół godzinny rejs szybkim promem, rozmawiając o naszych podróżach, o tym co wydarzyło się w Oslo. W Bodo na parkingu przy stacji benzynowej stał ich minivan. Jak to bywa z rodakami na obczyźnie, pożegnać należy się godnie i po staropolsku. Karolina zrobiła pyszną parzoną kawę a Marcin solidne drinki z polskiej wódki. Do pełni szczęścia wyszło słońce i zrobiło się ciepło i ładnie. Piękny prezent na zakończenie długiej wyprawy. Na kempingu w Bodo recepcjonistka okazała się być Polką, od której dostałem nawet zniżkę na miejscowe muzea. Na kamienistej plaży Norweskiego Morza znów oglądam, chyba najpiękniejszy zachód słońca. Prom kosztował 185Kr a kemping 100Kr. Aby uczcić przebyte kilometry, i szczęśliwe zakończenie kupuję czekoladę i dwa piwa Arctic.
13.1 KM (1410km. Ogółem) 83m podjazdów, 1 godzina na rowerze.

26.07.2011
Do południa zwiedzam Bodø i okolice na rowerze nie obciążonym sakwami. Tak to można pedałować kilometrami. Jadę do muzeum lotnictwa Norsk Luftfartsmuseum które mieści się w bardzo nowoczesnym budynku w kształcie wielkiego śmigła. W muzeum prześledzić można historię od początków lotnictwa w Norwegi. Są tu samoloty dzięki którym zdobyto Arktykę jak i słynny szpiegowski czarny samolot U2. Pasjonaci mogą spędzić w muzeum cały dzień i nie nudzić się przez chwilę. Jadę jeszcze do centrum a po południu wracam na kemping. Pakuję sakwy, zwijam namiot i przebieram się w czyste ubrania. Gdy wyjeżdżam z kempingu, mija mnie rowerzysta z norweskim pozdrowieniem Hei. Odpowiadam Hei i nagle stwierdzam że jest to Ziemek brat mojego kolegi Przemka u którego gościłem pod Oslo w 2007 roku. Nie umawialiśmy się, a nawet nie wiedziałem że wybrał się na Lofoty. Ziemek Rozbija namiot w miejscu mojego. Rzeczy zostawiamy na kempingu i jeszcze raz jadę w towarzystwie do Bodø na pyszne ciepłe kanapki. Mój samolot odlatuje o 6 rano dnia następnego a więc wieczorem przenoszę się na lotnisko. Musze jeszcze rozkręcić rower, sakwy spakować do dużych plastikowych toreb. Sakw mam pięć a bagaż który mogę zabrać do samolotu to rower plus dwa pakunki po 20 kilo. Pakowanie trwa dłuższą chwilę, a obsługa lotniska pozwala mi przenocować w terminalu do rana. Budzik nastawiam na 4.00, odprawiam się i lecę do Oslo. W Oslo przesiadam się na samolot do Krakowa. Z Krakowa pociągiem do Przemyśla podróż zajmuje mi tyle co z dalekiej północy do Krakowa. Po tej wyprawie mam wrażenie że w Polsce mieszka tak bardzo dużo ludzi a między miejscowościami nie ma przerw. Jeden wielki organizm. Miasta przechodzą w wsie, a wsie w miasteczka. W ciągu trzech tygodni schudłem 15 kilo ale swój „własny akumulator” naładowałem na wiele miesięcy.
W Bodo i okolicach 52 km. Podczas mojej wyprawy przejechałem 1463 km.