Maroko 2008

Pamiętnik z podróży ...

01.03.2008 
Wylot z Warszawy liniami NorwegianAir godz. 12.50 ze słynnego terminalu Etiuda. Z powodu silnego wiatru i turbulencji lot trwa o 15 min. dłużej i tak po godzinie 17 wysiadamy w Maladze. 17 stopni ciepła, palmy, a przede wszystkim nie pada. W Hiszpanii szybko należy przyzwyczaić się do słowa „maniana” (później). Nikt tu nie zna angielskiego, nikt też się nie śpieszy. Pierwsze kilometry na rowerze, prowadzą nas do portu (Puerto). Nieczynne, zamknięte, maniana. Powoli kręcimy się po starej Maladze i w nocy szukamy hostelu. Nie jest to łatwe, gdyż miejscowi nie rozumieją słowa hostel. Dopiero drugi lub trzeci adres wydrukowany wcześniej z Internetu jest właściwy. Cena to 20 euro za nocleg i śniadanie.

 

 

 

02.03.2008
Malaga. O godzinie 9 jest już 17 stopni, a przed hostelem rosną i kwitną pomarańcze. Słodki zapach kwitnących drzewek i słońce to idealne lekarstwo na zimową depresję. Mamy sporo czasu, a więc postanawiamy wyjechać na zamkową górę. Wspinamy się 140 m pod górę przy nachyleniu 9-10%. Pierwsza góra za nami. Na starym mieście przypadkiem trafiamy na procesję. Mężczyźni i kobiety w długich szpiczastych czapkach, wyglądem przypominających świętą inkwizycję, bicie bębnów i trąbki. Ponad 20 mężczyzn niosło platformę z figurą świętego, kołysząc się niczym wielka łódź na falach oceanu. 
W portowej poczekalni zagadną nas siwobrody arab, który jak twierdzi w latach 60-tych z Pakistanu do Monachium dotarł rowerem, a teraz jechał odwiedzić rodzinę. Nie wiem czy się przechwalał? Bilety do Mellili kosztują 35Euro od osoby w tym darmowy transport roweru.
21.7 km, 159m podjazdów

 

 

3.03.2008 Prom po spokojnym morzu do Afryki przypływa o 8 rano. Noc spędziliśmy na pokładzie, wygodnie śpiąc w śpiworach na plastikowych leżakach. Mellila to Hiszpania, a jednak wszystko przypomina już Maroko. Durze palmy, kwitnące cytrusy, kamienice z werandami w starym kolonialnym stylu, małe sklepiki, arabskie kobiety owinięte chustkami. Krótki objazd miasta, łyk ciepłej i słodkiej herbaty i po 7 km jesteśmy na przejściu granicznym. Mury i granica oddzielająca ten skrawek Hiszpanii od Afryki przypomina berliński mur, a kolejka jak na polsko-ukraińskim przejściu w Medyce. Tuż za granicą tłumy ludzi oczekujących na odprawę. Pierwsze wrażenie nie najlepsze - brud, smród i chaos. Wypełniamy formularze wjazdowe, policja wbija nam do paszportu tajemniczy numer, o który mają na pytać w hotelach. W Selouname robimy krótką przerwę na herbatę z listkiem mięty. Słodka i energetyczna. Kilka kilometrów dalej w Nadorze w siedzibie Western Union wymieniamy dolary i Euro na Dirhamy. (100$ i 30 E to ponad 1000 MAD). Temperatura w słońcu już ponad 30 stopni a w cieniu 24.. Ruszamy dalej kierując się drogą N19 w kierunku Hssi-Berkane a następnie w stronę jeziora Barrage Mohamed V. 10 km przed jeziorem rozbijamy namiot za jedynym krzakiem w okolicy, który ma nas osłonić od wiatru i od widoku z drogi. Słońce w Afryce zachodzi momentalnie, jakby ktoś nagle zgasił światło i skręcił ogrzewanie o kilkanaście stopni. Gwieździsta i cicha noc. W oddali słychać szczekanie pasterskiego psa i podobne do dźwięku zardzewiałej huśtawki ryczenie osła i wiatr.
78,5 km, 660m podjazdów, 413m. max wys.

4.03.2008
Pierwsza afrykańska noc za nami. O świcie błoga cisza i ptaki. Tak samo szybko jak zachodzi tu słońce, tak samo szybko robi się gorąco. Powoli obładowani pełnymi sakwami pniemy się w górę. Mijamy malownicze ale wyschnięte koryta rzek. W szczerym polu stoi kilka baraków, które okazują się szkołą. Nauczyciel mówi po angielsku i zaprasza nas do klasy, a dzieci chóralnie recytują długie przywitanie. Wyjaśniamy skąd jesteśmy i dokąd się udajemy. Kilka kilometrów dalej docieramy do wysokiej tamy przy jeziorze Muchamad 5. W Maroko wszystkie ważne obiekty, oraz rogatki miast pilnowane są przez policję. Robić zdjęć nie wolno. Słońce pali niemiłosiernie, a nasze zapasy wody szybko się kończą. Na szczęście strażnicy tamy dzielą się z nami swoimi zapasami. 37’C i długi podjazd na przełęcz 500m n.p.m a podarowana woda też się kończy. Docieramy do skrzyżowania na Taurirt, gdzie dwóch młodych arabów prowadzi restaurację. W końcu jakiś cień, słodka herbata i jeszcze bardziej słodkie ciasteczka. Kolejne 28 km, mimo że jest prawie płasko idzie nam bardzo mozolnie. Docieramy do Taurirt wywołując swoją obecnością małe zamieszane. Policjanci przed wjazdem rozłożyli kolczatki, a nas pozdrawiają z uśmiechem. W hotelu niespodzianka. Spotykamy 2 rowerzystów z Francji, którzy kończą już swoją wyprawę. Za pokój 2 osobowy płacimy 80 Dirhamów (około 20zł). Cena adekwatna do standardu.
76km, 783m podjazd, 500m max wys.

5.03.2008
Na podłodze hotelowego pokoju odpalamy benzynową kuchenkę. Czujników dymu nie ma, a zresztą nie ma tu prawie nic. Poranek jest bardzo przyjemny. 12 stopni ciepła i wiatr w plecy. Warunki idealne jak na rowerową podróż. W połowie drogi do Guercif, na wzgórzu wznosi się francuski fort z 1936 roku. Do zwiedzania przyłącza się dwójka miejscowych. Jeden z nich wspina się na ściany i w zagłębieniach szuka ptasich jaj. Gładząc się po brzuchu i z pełnym uśmiechem pokazuje że to przysmak. Przed Guercif zatrzymujemy się w miłej restauracji na obiad. Obok nas na łańcuchu i drucie, przywiązana do drzewa małpa ma bawić arabskie dzieci. Ruszamy w stronę wioski Maharija, mijając gaje oliwne, jedyne miejsca gdzie można schronić się w cieniu. Przed nami, kontrastują z wyschniętą i suchą ziemią, ośnieżone szczyty gór Atlas. Powoli i łagodnie pniemy się w górę. Mijając wioskę Maharija jest już po godzinie 19.00 (naszego czasu) i trzeba szybko znaleźć miejsce na nocleg. 100 metrów od drogi stoi opuszczona berberyjska lepianka. Kilkanaście minut zajmuje nam oczyszczenie miejsca za lepianką z ostrych kamieni. Rozbijamy namiot i wcinamy dobry polski kisiel. Tu nie ma zasięgu, żadna z marokańskich telefonii, za to niebo gwieździste i ta cisza. 
99km, 634m podjazdów, 714m max wys.

6.03.2008
Zimny poranek 5’C. W takim momencie nie łatwo opuszcza się ciepły śpiwór. Przed nami widać ośnieżone szczyty Atlasu. Ten widok towarzyszy nam cały dzień. Po prawej i lewej stronie drogi kamienista pustynia i przestrzeń, ograniczona gdzieś w oddali górami. Mijamy małą zieloną oazę, Berberów pasących kozy i dzieci, które podbiegają do drogi aby przyjrzeć się dwóm objuczonym bardziej niż marokańskie osły rowerzystom. Robimy przerwę przy ruinach francuskiego fortu i w tedy jak spod ziemi zjawia się stary pasterz. Następuje kurtuazyjna wymiana i zażywanie tabaki. Ta przywieziona z polski w porównaniu z marokańską jest jak piwo bezalkoholowe w porównaniu z dobrym porterem. Kolejny przystanek to mała wioska Fritissa, zbudowana wokół źródła wody. Nie każda wioska, którą mijaliśmy może poszczycić się takim dobrodziejstwem. Przez właściciela największego domu zostajemy zaproszeni na herbatę. Po raz kolejny stanowimy swoistą atrakcję, i odnoszę wrażenie że zaszczytem jest przyjęcie zaproszenia, jak i zaproszenie na poczęstunek. Zawsze tłumaczymy gdzie leży Polska. Po tej lekcji geografii przy herbatce, ruszamy wąską drogą przed siebie. Kilkakrotnie mijają nas furgonetki, przewożące na dachach kozy, owce a nawet krowę. Wieczorem docieramy do Outat-Oulad-El-Haj. Tuż przy stacji benzynowej jest hotel. Jest nawet ciepła woda, co jest rzadkością w tej klasie. Jest miło.
77.3 km, 453m podj., 816 m max wys, max nachylenie 11%

7.03.2008
Poranek w Outat-Oulad-El-Haj, to bezchmurne niebo i przyjemny poranny chłód. Droga do Misour to klasyczny pustynny, kamienisty krajobraz, poprzecinany wyschniętymi rzekami. W Misour wymieniamy pieniądze w placówce amerykańskiej firmy Western Union. Samo miasteczko jest bardzo ładne i coraz bardziej arabskie. Im bardziej w głąb Maroka, tym bardziej egzotycznie. Po zjedzeniu tadżinu i marokańskiej sałatki, wypiciu koli i zrobieniu kilku zdjęć, leniwie ruszamy przed siebie. Tuż za miasteczkiem kończy się cywilizacja a droga nadal biegnie przez zupełne pustkowia. Mocny wiatr, prosto w twarz daje nam w kość. Docieramy do wioski Tamdafelt tuż przed zmrokiem. Namiot rozbijamy tuż za wioską w gaju oliwnym. Jeszcze tylko rytualna wieczorna herbata, krótka notatka w dzienniku wyprawy i łyk coli z alkoholem. 
(Tadżin - Tajine - arabskie naczynie służące do pieczenia mięs nad rozżarzonym węglem - jest to także nazwa potrawy – zapiekanka z warzyw i mięsa)
84,8km, 527m podjazdów, 1069m max wys.
 

8.03.2008
W nocy zaskoczył nas przymrozek. Jesteśmy na wysokości ponad 1000m i noce są coraz chłodniejsze. Cały dzień powoli zmagając się z przeciwnym wiatrem pięliśmy się w górę. Wiatr jest tak mocny, że osiągnięcie 8km/h to nie lada wyczyn. Robimy częste przerwy i doładowujemy się batonikami. W Saida oglądamy resztki starego miasteczka zbudowanego wyłącznie z gliny i słomy. Ostatnie 10km od krzyżówki do Midelt to zmaganie się z tak ostrym wiatrem, że utrzymanie równowagi to już sztuka. 
Midelt to pierwsze duże miasto na naszej drodze. Jest wieczór wiec robimy objazd w poszukiwaniu hotelu. Większość z hoteli i hotelików ma w nazwie słowo Atlas. W hotelu Bougafer dogadujemy się co do ceny. Pierwsza propozycja właściciela była za wysoka, ale po paru minutach stargowaliśmy na 120DH za dwójkę z prysznicem. Młody Marokańczyk zaprowadził nas do sklepu gdzie sprzedają piwo. Bardzo dobre piwo. Następnie Ahmed zaprowadził nas do miłej knajpki, gdzie zrobili mi wegetariański tadżin. Mam wrażenie, że wszyscy w tej dzielnicy to rodzina. Idziemy oglądać ręcznie robione berberyjskie dywany. Długa miła rozmowa, herbatka, klimatyczna muzyka to wstęp przed targowaniem. Pierwsza cena to 7000DH, ale uznaliśmy że aż tacy głupi to nie jesteśmy i rezygnujemy z zakupów. W końcu cena spadła do 300DH za dywanik, czyli ponad 20 razy. Sprzedawcy nie byli zadowoleni z takich klientów, a my owszem. Na końcu wpisaliśmy się do pamiątkowej księgi. 
62km, 644 m podjazdów, 1547m max wys.

9.03.2008
Noc w wygodnym hotelowym łóżku skończyła się szybko. Robię kilka zdjęć z okna i czas w drogę. Kupujemy dużo wody, bo nigdy nic nie wiadomo. Dzisiaj wieje jeszcze mocniej niż wczoraj, a my oczywiście jedziemy pod wiatr. Cały dzień pod górę i pod wiatr. Mamy już serdecznie dosyć, a końca wichury nie widać. W Zeida skręcamy w prawo na drogę R503. Kierunek na Khenifra. Wieje coraz mocniej. Nie wiem czy jest to 10 w skali beauforta czy mniej, ale po kilku takich dniach nie jest już wesoło. Mijamy miasteczko Boumia i rozbijamy namiot za słupem telefonii komórkowej. Wysoki mur, który otacza maszt, chroni nas od wiatru. Namiot i tak okładamy kamieniami, aby razem z nami nie odleciał. Jesteśmy już na wysokości 1700 m i zapowiada się kolejna mroźna noc. Przyroda wynagradza nam dzisiejsze zmagania pięknym zachodem słońca. Przez chwilę śnieg w górach Atlas odbija pomarańczowe światło. Piękny spektakl. 
52km, 515 m podjazdów, 1699 max wys.

 


10.03.2008
Kolejny przymrozek. W nocy trzeba było założyć dodatkowo na śpiwory płachty biwakowe, bo było wyjątkowo rześko, a wiatr na kablach masztu telefonii gwizdał i wył jak na starym żaglowcu. Dzisiaj nadal wieje, a my już chyba nie zwracamy na to uwagi. Jak widać można się przyzwyczaić. Docieramy do miasteczka Arhbalon-n-Serdane. Bardzo urokliwe to miejsce. Maleńkie sklepiki, dymiące tadżiny, poczta, osiołki, mężczyźni w długich brązowych szatach. Na poczcie wysyłamy karki pocztowe do znajomych. Baltazar pochłania baraninę a ja marokańską sałatkę (drobno posiekane pomidory, cebula, oliwa, przyprawy). Kilkanaście kilometrów dalej w małej wiosce zatrzymujemy się aby odpocząć po niekończących się podjazdach. Przyglądamy się jak kowal podkuwa osiołka a ja za przyzwoleniem robię zdjęcia. Po skończonej pracy Koha Ku, bo tak nazywa się ów kowal, zaprasza nas do swojego domu na poczęstunek. Przed posiłkiem rytualnie obmywa nam ręce, polewając wodę z dużego czajnika. Na niskim stoliku pojawia się okrągły płaski chleb, oliwa, sól, zioła, jajka i słodka herbata. Jemy, pijemy, chwalimy króla, którego podobizna wisi na ścianie, tuż obok cytatów z Koranu. Taką gościnność zapamiętuje się na długo. Biedni Berbrowie, którzy dzielą się wszystkim co mają, bo tak mówi ich tradycja, Koran, bo tak trzeba. Czas wjechać na te ponad dwa tysiące metrów. Kolejne kilometry pod górę i docieramy na przełęcz na wysokości 2070m. Namiot rozbijamy na małej leśnej polance. 
44km, 650m podjazdów, 2070m max wys.

11.03.2008
Noc na przełęczy Tanout ou Fillal (2070m) za nami. Pierwsze 22 kilometry to stromy zjazd i serpentyny. Przy małym sklepiku robimy postój, z obawy przed spaleniem obręczy. Właściciel sklepiku częstuje nas herbatką, a my tłumaczymy skąd i dokąd zmierzamy. Mijamy kolejne miasteczka i wioski a teren robi się coraz bardziej płaski. Mijamy malownicze jezioro i tak po 108 km docieramy do Kasba Tadla. Gdy docieramy do hotelu Allies jest już ciemno. Za dwójkę płacimy 100DH. Na piętrze jest prysznic z zimną wodą, ale za to łóżka są duże i wysokie. Hotel leży przy uliczce ze sklepikami i barami. Baltazar zajada dużą golonkę a ja bardzo smaczną i przyprawioną na ostro fasolkę. Tuż za rogiem jest restauracja pilnowana przez ochroniarzy. Jak się okazuje, w środku sprzedaje się piwo, a atmosfera gęsta jest od dymu. Na stolikach stoi po kilkanaście butelek z piwa. Takie swoiste trofeum i pokaz możliwości spożywającego. W towarzystwie miejscowych, wychylamy po kilka buteleczek chłodnego piwa. W muzułmańskim kraju są też miejsca takie jak to, gdzie człowiek może powalczyć z odwodnionym organizmem.
108 km, 587 m podjazdów, 2070 max wys.
 

12.03.2008
Przy wyjeździe z Kasba Tadla stoją cztery wysokie słupy. Jest to pomnik poświęcony poległym francuskim żołnierzom, którzy ginęli tu w obronie kolonializmu. Jedziemy doliną, raz porośniętą trawą, raz zupełnie pozbawioną roślinności. Wieczorem tradycyjnie rozglądamy się za miejscem na nocleg. Zatrzymaliśmy się przed domem, przy którym siedziała grupka ludzi, mężczyzn i kobiet i dzieci. Rysując na kartce namiot i zagadując po francusku o nocleg, wskazano nam miejsce na namiot. Po chwili jednak gospodarze, każą nam złożyć namiot i zapraszają do swojego domu. Po pewnym czasie pojawił się jeden z braci znający język angielski. Nie wypada aby goście spali przed domem, wyjaśnił. Co powiedzieli by ludzie. Pokój do którego zostaliśmy zaproszeni, cały wyściełany jest dywanami i poduszkami. Jest tu nawet telewizor no i oczywiście prąd. Nie wiemy gdzie podziały się kobiety, najprawdopodobniej śpią z inwentarzem w stajence. Po przekąskach z chleba i oliwy, na stole staje wielka miska kuskusu z warzywami i kurczak, który przed chwilą jeszcze biegał po zagrodzie. Kolejny z braci pokazuje zdjęcia ze ślubu i śliczną pannę młodą. Niestety nie możemy pooglądać kobiet, a szkoda. Uczta była wyśmienita.
77km, 183m podjazdów, 691m max wys.

13.03.2008
Staraliśmy się wstać bardzo wcześnie, a i tak nasi gospodarze byli już dawno na nogach. W ogrodzie pełnym kwitnących pomarańczy i oliwek, czka na nas śniadanie. Chleb i oliwki. Aby było bardziej swojsko, zadbały dwa osły, które wyły na przemian. Wymieniamy się adresami, dziękujemy za gościnę i ruszamy w drogę. Gdy kończy się przydrożny akwedukt, kończą się też kwitnące ogrody i zaczyna pustynia. Na małej polnie pasie się stadko dromaderów. Jest pochmurno i bardzo parno. Temperatura przekracza 37’C. W każdej mijanej wiosce, robimy przerwę na Colę i wodę. Docieramy w końcu do miasta El Kelaa des Sraghna. Dopiero w trzecim hotelu są wolne miejsca. Baltazar ma dzisiaj urodziny, więc wychylamy małą piersiówkę polskiej wódki i ruszamy w miasto. Życie zaczyna się nocą. Sprzedawcy wszystkiego, całe mnóstwo różnych przysmaków, gotowane ślimaki, bób, papierosy na sztuki, fryzjerzy i garncarze. Baltazar zasiadł w fotelu fryzjerskim, a mistrz opala brzytwę i goli go z namaszczeniem. Z głośników dobiega transowa berberyjska muzyka. Przy okazji w salonie fryzjerskim można kupić płyty z muzyką i to MP3. Gdy fryzjer dostał spory napiwek, zostawił lokal uczniowi a nas zaprowadził na piwo. Nad barem, obok japońskich mieczy i skamielin stoi gipsowa figurka matki boskiej a z głośników leci muzyka wychwalająca Allacha. Marokański ekumenizm w oparach tytoniu.
81km, 258 m podjazdów, 660 max wys.

14.03.2008
Dzisiaj wstajemy późno, czując że to już ostatnie kilometry dzielą nas od Marakeszu. Jadąc wolno drogą N8 i robiąc częste przystanki na uzupełnianie Coli w organizmie docieramy do El Betma. Właśnie trwa jarmark połączony z festynem. W półkolu stoją stragany z rękodziełem, lampionami, metaloplastyką, dywanami i wełnianymi czapkami. Tu Baltazar kupuje ręcznie robioną, bardzo twarzową czapeczkę. Nagle zrywa się wiatr a w oddali widać pomarańczowo czerwoną chmurę. Zapanowało poruszenie. Dwie osoby ze zdjęciami królów szybko uciekają pod zadaszony budynek, kobiety zwijają dywany. Dziennikarz z Marakeszu, którego przed chwilą poznaliśmy, ciągnie nas pod daszek mówiąc coś o saharyjskim deszczu. Nagle widoczność spada do kilku metrów, wieje jeszcze mocniej a w powietrzu tylko piach. Ten Sahara Rain okazał się piaskową burzą. 
Kilkanaście a może więcej kilometrów dalej, gdy robi się późno szukamy ostatniego miejsca pod namiot. Zmęczenie daje się we znaki i jakoś nie możemy się zdecydować gdzie powinien stanąć nasz Marabut. Jedyne miejsce w okolicy pozbawione ostrych kamieni to piłkarskie boisko, nieopodal ruin tajemniczego miasta. Namiot staje praktycznie w bramce, a rowery przypinamy do słupka. Jeszcze tylko łyk „Marokocoli”  - (cola z polską wódką) i spojrzenie na mapę. Do Marekeszu zaledwie 28 km. Aż miło zasypiać.
70 km, 176m podjazdów, 808 max wys.

15.03.2008 sobota
O poranku idę pokręcić się po ruinach tajemniczego miasta warowni. Na śniadanie kończymy ostatnie zupki z makaronem i słodki kisiel. To już naprawdę ostatnie kilometry. Na drodze coraz większy ruch. Samego wjazdu do Marakeszu nie sposób przeoczyć. Tu względna cisza przeradza się w chaos. Mnóstwo motorowerów, samochodów, osłów, bryczek, ciężarówek, mnóstwo wszystkiego. My dodatkowo postanowiliśmy przejechać się objuczonymi rowerami po Medynie. Pomysł należał do średnich, ale wrażenia doskonałe, zwłaszcza po opuszczeniu tego ciasnego labiryntu. Przy okazji poznajemy ceny hoteli. Zaczynają się od 600 DH, więc szukamy kempingu. Adres kempingu miejskiego przy rue de France, który dostałem od znajomej Pani archeolog, nie istnieje. Marokańczycy po uwolnieniu się od wpływów Francji zmienili nawet nazwę tej dużej ulicy. Po kilkunastu kilometrach kręcenia się po zatłoczonym mieście dotarliśmy do schroniska młodzieżowego. Bardzo ładne, czyste z zielonym ogrodem i kosztuje tylko 60DH za osobę (ze śniadaniem). Wykąpani i odświeżeni ruszamy na wielki plac Jamal el Fna. Taksówka (petittaxi) kosztuje nas 20DH. Sam plac robi niesamowite wrażenie. Tłum ludzi, stragany z egzotycznymi towarami, bajarze, zaklinacze węży, muzycy, kuglarze i mnóstwo jedzenia. Baltazar pochłania kilka baranich mózgów a ja marokańską sałatkę z pomidorów i cebuli. Należy uważać co się je, ponieważ po chwili Baltazar nerwowo poszukuje toalety, a na tym placu wcale nie jest to łatwe. Gdy turystyczny gwar dał nam się we znaki wracamy do schroniska.
40km, 27’C w cieniu

16.03.2008 niedziela
Wczoraj od Niemca z którym spaliśmy w pokoju, dowiedzieliśmy się że zaledwie 100 metrów od naszego noclegu jest lokalik z piwem. Pierwsze kroki dzisiejszego dnia skierowaliśmy właśnie tam. Piwo tanie nie jest (17 Dirhamów za 0,25l), ale pić się chce a odwodnienie w tropikach jest groźne. Tak pokrzepieni udaliśmy się na podbój Medyny. To istny labirynt podzielony na tzw. Suki. Każdy specjalizuje się w wytwarzaniu innych przedmiotów lub w innych usługach. Tu robi się lampiony, gdzie indziej skórzane pantofelki, garbuje skóry, naprawia rowery. Medyna jest pełna przepięknych i barwnych zaułków, nie zmienionych przez setki lat. Na koniec kupujemy kilka pamiątek, dobrze się przy tym targując. Jak się okazało nawet za dobrze, bo kupując wodną fajkę za grosze, padło pytanie, czy czasem nie jesteśmy Berberami. W Maroko Berberzy są uznawani są raczej za oszczędny naród. Wieczorem powracamy znowu do lokalu, od którego zaczęliśmy dzień i w towarzystwie miejscowego wypijamy po kilka piwek, a przy okazji musimy obejrzeć mnóstwo śmiesznych filmików, które ów Marokańczyk zgromadził w dużej ilości, w swoim komórkowym telefonie. Mocno podchmieleni wracamy do hostelu na ostatnią noc w Afryce.
0km rowerem – Pieszo sporo !

17.03.2008
To koniec. Znacznie mniej obładowani niż na początku jedziemy na lotnisko. Do odlotu pozostało sporo czasu, więc starannie się pakujemy. Co tylko możliwe przytwierdzamy do roweru, tym samym sposobem obniżając wagę bagażu. Rowery dodatkowo owinięte są zieloną nieprzeźroczystą folią, więc zawartości nie widać. Nie mamy problemu z odprawą. Dwu i pół godzinny lot do Girony i oczekiwanie do rana na kolejny do Poznania. Rano startujemy i po 3 godzinach lotu jesteśmy w Poznaniu. Pada śnieg i jest zimno. Rowerem, w kolorowej berberyjskiej czapce na głowie docieram na dworzec kolejowy. Taksówkarze na mój widok reagują słowami „o kurna - wesoły turysta”. Widok mocno opalonego rowerzysty, podczas gdy pada śnieg, a pogoda wybitnie nie rowerowa nie należy do codzienności. Kilkanaście godzin w pociągu i jestem w Przemyślu. Wyruszając na początku marca, miałem cichą nadzieję, że po powrocie będzie już wiosna. Niestety trzeba było odczekać ponad miesiąc na ciepłą rowerową pogodę.