Gotlandia 2009

W skrócie: samolotem linii Norwegian lecimy z Krakowa do Arlandy (2 godz.) , rowerem z Arlandy przez Sztokholm do Nyneshamn (około 120 km), promem z Nyneshamn do Visby (Gotlandia) (ponad 3 godz), rowerem dokoła Gotlandii, promem na wyspę Faro i rowerem dokoła, powrót promem z Visby do Nyneshamn, rowerem do Arlandy, samolotem do Krakowa, pociągiem do Przemyśla.

Rowerem ponad 1000 km

22.07.2009
Dzień pierwszy. Wstaliśmy bardzo wcześnie. Pociąg z Przemyśla do Krakowa wyjeżdża przed 7 rano.
Samolot linii Norwegian wylatuje z Balic o 14.35 i po dwóch godzinach lądujemy w Arlanda, czyli 60 km od Sztokholmu. Na lotnisku rozpakowujemy nasze bagaże, skręcamy rowery, wymieniamy walutę i w drogę. Na stacji benzynowej obok lotniska, tankujemy litr benzyny do naszej kuchenki, dostajemy kiepską mapę Szwecji. Całe szczęście że jesteśmy zaopatrzeni w wydruki z maps gogle. Jedziemy przez miejscowość Marsta i dalej bocznymi drogami wzdłuż autostrady E4. Wieczorem docieramy nad jezioro Edsviken i za zgodą właściciela rozbijamy namiot na jego prywatnej łączce. Pan Szwed na pytanie o możliwość noclegu, z uśmiechem podał nam dłoń a w trosce o ekologię wskazał na pięć kolorowych koszy przed domem i wspomniał o segregacji śmieci. Folia tu, szkło kolorowe tam itd... Bardzo mi się to podoba i szkoda że tak opornie to idzie w Polsce. Dotarcie do tego miejsca nie było proste, ponieważ zielona trasa rowerowa raz nam znikała a raz pojawiała się z znienacka. Rozglądając się uważnie paraliśmy do przodu.
42,5 km

Nynashamn23.07.2009
Rano przywitał nas chłodny i mglisty poranek. W naszym sąsiedztwie nocowało pokaźne stado dzikich gęsi, a jedna z nich w nocy postanowiła obesrać nasze rowery. Może to miało być na szczęcie. Zapobiegawczo rowery zabezpieczamy zawsze folią. Kierując się w stronę Sztokholmu pokonujemy niekończące się zjazdy i podjazdy. W Sztokholmie nadal nie udaje nam się kupić porządnej mapy regionu, a wspomniane wydruki średnio się sprawdzają. Wspomagając się GPSem odnajdujemy właściwy kierunek. Główna droga do Nynashamn to autostrada a my musimy poruszać się drogami bacznymi. Z braku porządnej mapy musimy improwizować.  Sztokholm już dawno za nami, a więc robimy przerwę na obiad. Nagle dostaję telefon od zaniepokojonego brata i dowiadujemy się że dwa promy na Gotlandię zderzyły się w porannej, gęstej jak mleko mgle. Za chwilę dzwoni żona z tą samą informacją, przychodzi też sms z informacją o przełożonym rejsie z 19 na 21.45. Mamy sporo czasu, w porcie tłumy ludzi, obsługa rozdaje soczki, telewizja robi wywiady z ludźmi, opóźniony prom opóźnia się o kolejne minuty. Pozostaje tylko cierpliwie czekać,.
85,5 km, 548m podjazdów.

Visby24.07.2009 Visby.
Biorąc pod uwagę dni poprzednie, to że przypłynęliśmy po 2 w nocy, musieliśmy się porządnie wyspać. Wstaliśmy dopiero po dziesiątej.  Całe szczęście, niecały kilometr lub mniej od portu jest miejsce na biwak czyli parking dla kamperów. Są stoliki, porządne toalety z ciepłą wodą i piękny trawnik, na którym to rozbiliśmy namiot.
Pierwsze kroki w Visby kierujemy do informacji turystycznej, gdzie zaopatrzyliśmy się w darmowe folderki i kupiliśmy porządną mapę Gotlandii za bagatela 80 koron. Lepiej tu nie przeliczać, bo Szwecja to drogi kraj. Znaczek do Polski 12 SEK, woda mineralna 12 - 20, chleb 20 - 30 ... Szwedzkie prawo zezwala na rozbijanie namiotu, na jedną noc wszędzie. I to jest bardzo dobre prawo.
Wracając do Visby, jest to bardzo piękne i stare miasteczko, otoczone murami obronnymi, które kiedyś miały ustrzec mieszkańców przed biedotą z pozostałej części wyspy. Wąskie i strome uliczki są pełne turystów. Na ulicy czuć zapach palonej kawy, pachnących ciasteczek i smażonych ryb.
W porcie najpiękniejszym i najbardziej wyróżniającym się statkiem jest polski, harcerski żaglowiec Zawisza Czarny, który przypłyną tu prosto z Gdyni. W banku wymieniamy zielone banknoty na korony i ruszamy nadmorską ścieżką rowerową. Od morza czuć zapach glonów, a my nizinni górale wdychamy jod, którego w domu nam brauje.
Za Lummelunda skręcamy na kamienistą plażę na wieczorną kolację. A tu pech. Niezawodna maszynka szwedzkiej produkcji Primus, na szwedzkim paliwie odmawia nagle posłuszeństwa. Rozbijamy namiot pod laskiem, rozkręcam maszynkę na części drobne, czyszczę, chucham i skręcam. Pół godziny i parę modlitw i wszystko zaczyna działać. Kończymy dzień przy kubkach gorącej herbaty.
32,5 km, podjazdy 193m, max wys 37m, nach max 15% - czyli nie było płasko.

Hallshuk25.07.2009
Nocna ulewa i szum morza, nie przeszkadzały nam we śnie, ale poranne chłodne powietrze szybko postawiło nas na nogi.
Kontynuujemy jazdę trasą rowerową, biegnącą wzdłuż morza raz leśnymi dróżkami a raz asfaltową drogą Nr 149. Jest piękny słoneczny dzień, a na naszych licznikach przybywa coraz więcej kilometrów. Docieramy na Hallshuk, piękne malownicze miejsce. Wysokie jak na Gotlandię klify, gdzie morze szumi jakby bardziej. Kierujemy się na Kappelshamn, mijając drugo wojenne lub zimnowojenne betonowe bunkry i dalej leśnymi drogami docieramy do największego jeziora na wyspie - jeziora Bästeträsk. Dzień jest słoneczny, woda w miarę ciepła i bardzo czysta, a więc nadaje się do pływania. Bierzemy orzeźwiającą kąpiel, zmywając z siebie pot i kurz. Zastanawiamy się przez chwilę nad noclegiem obok stolików, ale że jest trochę za blisko drogi ruszamy dalej. Drogowskaz wskazuje jakąś tam lagunę, więc jedziemy. To tylko kilkaset metrów. Miejsce ładne. Na parkingu stoi już kilka kamperów, a my rozbijamy nasz namiot na mchu, pod laskiem i z widokiem na morze.
72,5 km, podjazd 212m, max wys 52 m, max podjazd 11%.

Faro26.07.2009
Pogryzieni przez komary, drapiąc się gdzieniegdzie, z obawy przed burzą pakujemy się w pośpiechu. Niebo zasłaniają ciemne ołowiane chmury i zrobiła się jakaś podejrzana cisza. Nie słychać wiatru, nie słychać ptaków. Najwyraźniej to „Coś” się zbliża. Kurtki przeciwdeszczowe wyciągamy na wierzch i ruszamy w stronę Farosund. Droga jak to nad morzem prowadzi pachnącymi sosnowymi lasami.
W Farosund uzupełniamy zapasy podstawowymi produktami: chleb, tuńczyk, cienkie piwo i szwedzkie jaja na wieczorną jajecznicę.
Mały żółty prom na wyspę Faro jest bezpłatny i pływa co pół godziny. Nagle pojawia się lekki wietrzyk, zza chmur wychodzi słońce, ołowiane niebo zmienia się w niebieskie pokryte białymi puszystymi obłokami. Zaczynamy podróż szlakiem słynnego reżysera Ingmara Bergmana. Pierwszy na naszej trasie jest kościół w Faro, przy którym na cmentarzu pochowani leżą Ingmar i jego żona Ingrid Bergman. Nagrobek to niewielki kamień z wykutymi imionami przed którym leży zawsze kilka wiązanek kwiatów.
Przed kościołem jest informacja turystyczna, spory trawnik z ustawionymi stolikami, przy których turyści zatrzymują się na piknikowy posiłek.
Dzisiaj jest niedziela a więc z Hubertem zajadamy się liofilizowanym jedzonkiem dla alpinistów, znacznie smaczniejszym od klasycznych chińskich makaronów.
Tuż obok trwa mały festyn ludowy, gdzie miejscowi prezentują swoje łodzie, sieci, kowal kuje tradycyjną metodą gwoździe używane do budowy łodzi, a trójka starszych muzyków stara się swoją grą umilić całe to wydarzenie. Gra może nie jest zbyt wirtuozerska, ale widać że ci muzycy to prawdziwi pasjonaci.
Jedziemy w stroną Lauter mijając niekończące się murki, oddzielające tutejsze farmy. Mijamy stare drewniane wiatraki, uważając na czarne owce, których tu pełno. Po dotarciu na wybrzeże naszym oczom ukazuje się kamienista i bardziej surowa plaża niż na większej Gotlandii. Kierujemy się na cypel Langhammars gdzie mistrz Bergman kręcił sceny do swoich filmów. Nad morzem stoją wielkie formacje skalne, wyglądające niczym zaklęte kamienne postacie. Te niezwykłe rzeźby przyrody nazywane Rauks od dawien chroniły wyspę przed złymi mocami. Wracając w stronę Faro zatrzymujemy się przy starej farmie, na której w 1968 roku kręcone były sceny do filmu „Hańba”. Rozmawiamy z właścicielką, która przyznaje że oglądała ten film tylko raz i to dość dawno. Ja chwalę się że widziałem go dwa razy i to w tym roku. Robi się już późno więc ruszamy w stronę latarni morskiej Holm. Jak na dzisiaj to wystarczy pedałowania. Przed samym Holm skręcamy w leśną dróżkę i docieramy prosto nad morze. To miejsce uznajemy za idealne na nocleg i na wieczorną jajecznicę. Zajadając szwedzkie jaja wsłuchujemy się w szum fal. Podsumowując krótko: to był piękny dzień.
71,5km,  podjazdy: 185m.

27.07.2009
Rano kręcimy się trochę po plaży, usiłując złapać wakacyjną opaleniznę. Co chwilę nad nami przewala się wielka ciemna chmura, a nasze blade ciała pozostają nadal blade. Wsiadamy na rowery i docieramy pod latarnię w Holm. Niestety nie można wchodzić na górę, czyli nici z ujęć z lotu ptaka. Wracamy przez Ekevik w stronę Faro, zatrzymując się przy knajpce prowadzonej przez Elvisa. Nie wiem czy to ten oryginalny, ale za barem wygląda jak sam król. Knajpka pełna amerykańskich gadżetów z lat 60-tych, działająca szafa grająca z winylowymi singlami, z głośników słychać Love Me Tender a obok budynku wrażenie robi złomowisko starych Fordów, Buiców, lodówek, stacji benzynowych i innych cudów, a wszystko made in USA.
Około południa przeprawiamy się powrotem na Gotlandię obierając kierunek Aminne. Mijamy stare średniowieczne kościoły, kamienne rezerwaty i olbrzymią cementownię przed Slite. Wielkie okrągłe zbiorniki, niczym buczące elewatory w filmu Lyncha, stoją i psują krajobraz. Noc spędzamy na kempingu za Slite. Za namiot płacimy 130 koron.
82,5 km,
podjazdy: 240 m, (ogółem 390 km)

28.07.2009
Plażujemy od świtu, a Hubert jako jeden z nielicznych zażywa kąpieli w zimnych prądach Bałtyku. Po raz kolejny chyba, gdy słońce widzi nasze kolarskie opalenizny chowa się za chmurami. Zaczyna wiać mocniej, kropi deszcz a mu opuszczamy przytulny kemping w Amine. Ruszamy na południe krętą i zawiłą trasą rowerową, biegnącą polnymi, leśnymi i prywatnymi drogami. Co jakiś czas otwieramy sobie bramy, pilnując owce aby nie wybrały wolności i nie zwiały z czyjejś farmy. Mijając małe drewniane domki, przed którymi obowiązkowo stoją maszty, pierwsze co rzuca nam się w oczy to flagi opuszczone do połowy. Coś musiało ważnego się wydarzyć w Szwecji, a my nie wiemy co. Jedziemy mijając kolejne rezerwaty przyrody, sosna taka, sosna inna, unikalna roślinność a wszystko ładnie po szwedzku opisane. W pewnym momencie odbijamy kilometr od naszej trasy i docieramy pod mały skansen. Wstęp 10 koron należy wrzucić do skarbonki. Nikt tu niczego nie pilnuje. Otwieramy drzwi kolejnych domków, oglądając wystrój wnętrz, stare sprzęty, kuźnię oraz chatkę na łódź i sieci. Zastanawiamy się tak przy okazji, czy możliwe jest takie zaufanie u nas, w tej naszej wschodniej Europie. Od razu przychodzi prosta odpowiedź – Nie !
Dlatego lubię tak bardzo tą całą Skandynawię.
Dalej kierujemy się na Östergarn i Herrvik. W Herrvik w świetle zachodzącego słońca oglądamy mały port i jakieś fortyfikacje strzegące wybrzeża. Kilometr dalej nieopodal szlaku rowerowego rozbijamy namiot na kolejną noc.
56 km, podjazdy 138 m. (ogółem 446km)

29.07.2009
Po wieczornym i porannym ataku komarów, meszek i innego latającego robactwa dostajemy dobrego przyśpieszenia i w ciągu kilkunastu minut, jesteśmy gotowi do drogi. Rano przygrzewa słoneczko, godzinę później wiszą nad nami ciemne chmury, kolejna godzina znów świeci słońce i tak dalej... Po dotarciu do Ljugarn idziemy na plażę przy kempingu. Wcześniej podjedliśmy nieco wędzonych rybek z czosnkiem w Fisk Butik, gdzie trafiliśmy przypadkiem odbijając nieco z trasy. Z pełnymi żołądkami ucinamy sobie drzemkę na plaży. Nieco rozleniwieni ruszamy dalej krętymi drogami, a że jest płasko kilometry znikają same. Zatrzymujemy się nieco dłużej na kamiennym cmentarzysku Wikingów z których słynie Gotlandia. Kamienie sporej wielkości ustawione są w kształt łodzi. Są to groby wikingów. Grobów tych i to w różnych rozmiarach jest sporo, a pole ogrodzone jest w całości. Aby tu się dostać należy przejść nad płotem drewnianymi schodkami. Wszystko dobrze opisane i pomyślane.
Ciekawostka – samochody pocztowe mają kierownicę tak jak w Anglii z prawej strony, a to po to aby listonosz mógł bez wysiadania obsłużyć przydrożne skrzynki na listy.
Nowy Giant - rower Huberta prześladuje pech (tfu) – pęka szprycha i to od strony kasety. Całe szczęście że mam odpowiednie narzędzia. Na wszelki wypadek dzwonię do fachowca Artka z Przemyśla po wskazówki. Odkręcam to co trzeba, wymieniam szprychę, skręcamy i ruszamy przed siebie. Kilka kilometrów dalej od feralnej szprychy na cyplu Narkholm znajdujemy wspaniałe miejsce na biwak. Mamy stolik, niedaleko czysty kibelek, widok na latarnię a na dodatek jest odludnie i pięknie. Wypijam puszkę ciemnego irlandzkiego piwa o zaniżonym woltażu, Hubert miejscową Colę.
55 km, podjazdy 126 m (płasko) – (ogółem 500 km)

30.07.2009
Z Narkholm jedziemy obejrzeć latarnię morską, przy okazji też kolejny rezerwat przyrody. Okazuje się że mamy jeszcze sporo czasu przeznaczonego na Gotlandię, więc zwalniamy tempa, odbijając w każdą drogę i miejsce, które wydaje się ciekawe. Odwiedzamy już każdy napotkany średniowieczny kościół, robimy przystanki na sfotografowanie kolejnego starego drewnianego wiatraka, a jest tu tego całe mnóstwo. Odbijamy na Ronehamn, trafiając na sklepik ( z FISKE ) z wędzonymi darami morza. Zjadamy miejscowy przysmak, czyli makrelę wędzoną z czosnkiem. Po obfitej przekąsce teraz my smażymy się na plaży, zażywając od czasu do czasu kąpieli w chłodnym Bałtyku. Na kempingu przylegającym do plaży bierzemy szybki trzyminutowy prysznic za (5 koron) i tak odświeżeni ruszamy przed siebie. Przy kościele w Eke spotykamy grupkę cyklistów z Warszawy. Wymieniamy spostrzeżenia na temat miejsc na biwak, robimy wpisy do książki gości schowanej w małej skrzyneczce na tablicy informacyjnej. Warszawska ekipa ruszyła w przeciwną stronę, a my obraliśmy drogę na cypel Grötlingboudd. Spod kół uciekają nam małe króliki, których jest sporo, ale nie sposób drani sfotografować. Są czujne i szybko znikają w swoich norkach, lub zaroślach. Po raz kolejny za miejsce na nocleg służy nam plaża na wspomnianym cyplu. Zaczyna padać i namiot stawiamy błyskawicznie. Nie ma jak codzienny trening. Za 20 min jest już wprawdzie po deszczu i znów podziwiamy piękny zachód słońca. Pogody na Gotlandii nie da się przewidzieć.
54 km, podjazdy 136m (ogółem 554 km)

31.07.2009
Rano zobaczyliśmy że wokół naszego namiotu pojawiło się całe mnóstwo małych jamek, wykopanych przez króliki. Zastanawiam się czy miejscowi traktują te zwierzątka jako atrakcję czy raczej szkodniki. Jadąc mijamy miejscowości Fide, Oja a w nich kolejne puste stare kościoły otwarte dla wszystkich. Kościoły te są podobne do pozostałych na Gotlandii, surowe zewnątrz i wewnątrz. Na ścianach zachwycają nas prymitywne w formie średniowieczne freski. Hubert zostawia kolejny ślad po naszej wędrówce, wpisując się do kolejnej księgi gości. Przy kościelne stare cmentarze są również skromne. Skromne też są kamienne nagrobne płyty, często tylko z samym nazwiskiem. Skromne cmentarze są zupełnie odmienne od tych naszych, na których dominują wielkie marmuropodobne budowle rodzinne. Ale o tym dość.
Mijamy kolejne rezerwaty, robimy zdjęcia ptakom, poczym odbijamy z rowerowej trasy i po 4 km docieramy na cypel Faludden, gdzie powinna być latarnia morska. Latarnia jest, ale mała a obok wielkie radary, wysoki maszt radiowy i zakaz fotografowania, który to zobaczyłem dopiero po zrobieniu zdjęć. Wracamy, obierając kierunek na port Sallmunds mając w myśli wędzone ryby. Już prawie czuliśmy ich zapach, ale na  miejscu okazało się, że w porcie stoi tylko parę jachtów a ludzi i ryb nie widać. Paręset metrów dalej popołudniowe słońce oświetla typowe dla Gotlandii skalne klify. Dwa może trzy kilometry dalej trafiamy na miejsce oznaczone jako plaża i właśnie tu w towarzystwie kilku kamperów rozbijamy nasz pomarańczowy namiot. Przy parkingu są toalety, niestety jak w większości takich miejsc nie ma wody. My wodę tankujemy zawsze przy kościołach, gdzie zawsze można liczyć na jakiś kranik. Prysznic z ciepłą wodą będzie na kempingu gdzieś po drodze.
56km, podjazdy 116m (ogółem 610km)

1.08.2009
Opuszczamy bardzo przytulne miejsce i ruszamy na sam „dół Gotlandii” czyli na południe.
Ekipa warszawskich cyklistów, która ominęła to miejsce powinna żałować. Piękne wysokie kamienne klify, kamieniste wybrzeże i fale rozbijające się o brzeg godne są wyspy wikingów. Do tej pory nie widzieliśmy też takich tłumów ludzi jak tu. Na parkingu samochodów ze 20 sztuk a ludzi na brzegu pewnie ponad pięćdziesiąt. Między skałami ukryty stoi kolejny bunkier. Po powrocie muszę zapytać z jakich czasów pochodzą te umocnienia.
Ruszamy teraz na północ mijając stary zakład kamieniarski, który do tej pory wytwarza z miejscowych skał osełki do ostrzenia noży, a stary silnik diesla toczy okrągłe kamienne koła. Z Hubertem zabieramy leżące parę metrów za tym zakładem równe kawałki kamienia i testujemy jego właściwości na naszych scyzorykach. Wiatrak napędza pompę wodną a stary diesel wydaje z siebie wielkie buch, chyba co kilka sekund. Mijając Burgswik, uzupełniamy zapasy w markecie ICA, a na stacji Shell sprawdzamy ciśnienie w oponach. Jedziemy jeszcze parę kilometrów na wybrzeże w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Teoretycznie powinna być tu plaża, ale jest mała równo wykoszona polanka, dwie przyczepy kempingowe. Miejsce wygląda na prywatne, pytamy więc kogoś o pozwolenie. Z uśmiechem i uniesionym kciukiem do góry, mówią OK. No to Ok, więc wieczorem przy namiocie, po smacznej kolacji, leżąc na plecach obserwujemy nisko przelatujące samoloty.
50,6km, podjazdy 174m (ogółem 660km)

2.08.2009
Ruszamy w stronę cypla Nasudden, pełnego współczesnych wiatraków. Tych ekologicznych elektrowni wiatrowych jest naprawdę sporo i są w stanie zasilić w prąd chyba całą Gotlandię. Droga to kilkukilometrowe odcinki proste jak drut. Skończyły nam się napoje a w Nisseviken mamy nadzieję że znajdziemy sklep i uzupełnimy zaopatrzenie. Sklepu nie ma, za to na polu namiotowym bierzemy prysznic. Miło się ochłodzić przed drogą. Dalej mijamy kolejny, podobny do innych kościół w Silte, kolejne drewniane wiatraki, farmy, ogrodzone pastwiska, owce, krowy, konie ... Zrobiła się taka sielska wiejska atmosfera.
Wieczorem docieramy do plaży w Kvarnakershamn. Rozbijamy namiot niczym rozbitkowie na bezludnej wyspie. Nie mamy żadnych sąsiadów, tylko my, może, plaża i niemiłosiernie (upierdl...) uciążliwe komary. Aby wejść do morza musimy szukać miejsca nie pokrytego glonami. W tym roku większość plaż Bałtyku pokryła się tą cuchnącą wodną zieleniną. Efekt cieplarniany i zanieczyszczenia zrobiły swoje.
53 km, podjazdy 54 m (płasko) – (ogółem 714 km)

3.08.2009
Zaczynamy dzień od kręcenia się to w lewo, to w prawo a przemierzamy również długie proste. Słońce grzeje bo jest ponad 27’C w cieniu , zdejmujemy koszulki i opalamy się podczas jazdy. Wieje przyjemny wiaterek, jest miło, za to wieczorem razem z Hubertem odczuwamy lekkie objawy udaru słonecznego, jakieś mdłości, a plecy pieką koszmarnie. Może te mdłości to po wędzonych rybach, które jedliśmy w Klintehamn.
Na obiad wybraliśmy stolik za kościołem we Fröjel, przy którym jak zwykle zaopatrzyliśmy się w wodę do gotowania. Posileni „chińszczyzną” ruszamy w dalszą drogę, odbijając paręset metrów od trasy rowerowej aby dotrzeć do wielkiego grobu wikingów, ustawionego z głazów w kształt łodzi. Dużo większy niż te, które widzieliśmy na początku naszej podróży. Grób leży obok stadniny koni w Gannarve. Kilka kilometrów za Klintehamn w Koviks znajduje się stara rybacka wioska, która obecnie pełni rolę skansenu. Tak nam się tu spodobało, że obok wioski w małym zagajniku, w cieniu drzew po przepędzeniu miejscowych krów rozbiliśmy namiot. Wieczorem oglądamy mnóstwo różnych ptaków, od żurawi począwszy , kończąc na gęsiach i małych ostrygojadach. Punktualnie o 21.00 zachodzi słońce, robi się cicho a my podziwiamy pomarańczowy spektakl.
51 km, podjazdy 124 (też płasko), (ogółem 765 km)

Tofta4.08.2009
Z powodu pełni księżyca, wstaję niewyspany i niechętnie ruszam w stronę Visby, czyli początku naszej przygody z Gotlandią. Gdzieś przeczytałem, że warto odwiedzić rekonstrukcję wioski wikingów w Tofta. Za bilety razem z jeszcze nieletnim Hubertem płacimy ponad 150 koron. Czy warto wydawać te w przeliczeniu 70 złotych, chyba nie. Ogólnie to nic się tam nie dzieje, kilka chatek, dwa namioty, parę wątpliwej wartości rzeźb, cztery osoby w przebraniach. Może dla małych dzieci atrakcją jest strzelenie sobie z łuku?
Opuściwszy tą atrakcję, podążając ścieżką rowerową, dotarliśmy do dwóch oryginalnych grobów wikingów.
Tuż przed Visby, chyba w Högklint, należy odbić kilkaset metrów z wytyczonej trasy, aby dotrzeć na wspaniały klif a zarazem punk widokowy na stolicę Gotlandii. Do Visby docieramy mając na licznikach niewiele ponad 45 km. Na stacji benzynowej udaje nam się kupić kartusz z gazem, ponieważ kuchenka odmawia już pracy z benzyną.
W Visby trwa już festiwal średniowiecza, a większość mieszkańców i przyjezdnych chodzi przebrana w stroje z epoki. Te stroje i ta atmosfera  przenosi nas w czasy odległe, i aż głupio czujemy się ze swoimi nowymi rowerami i termoaktywnymi koszulkami. Powinniśmy wjechać na koniach objuczonych skórzanymi sakwami. Może następnym razem, a tymczasem wystarcza nam widok całych rodzin, z dziećmi przebranymi w lniane i wełniane stroje wikingów, wojowników, którym do głowy uderzyło cienkie szwedzkie piwo oraz innych wesołych cudaków. Tak pokręciwszy się po wąskich uliczkach, nadmorskich bulwarach, wchłonąwszy sporo średniowiecznej atmosfery, popedałowaliśmy w stronę naszego pierwszego gotlandzkiego noclegu.
53km, podjazdy 191m (ogółem 818km)

5.08.2009
Dzisiaj w planie mamy dotarcie na środek wyspy, którym jest miasteczko Roma. Miasteczko znane z klasztornych ruin w których siedzibę znalazł teatr słynny na Gotlandii i w Szwecji a może jeszcze dalej. Nasze koła toczą się przez Andre i Dalhem. Zatrzymujemy się i odwiedzamy kolejne kościoły. Zwiedzamy i podziwiamy nie z powodu naszej nadmiernej religijności, ale dlatego że tu są i w swojej surowości zachwycają spokojem.
W Dalhem trafiamy przypadkiem na stację kolejową wąskotorówki, a której istnieniu wcześniej nie wiedzieliśmy. Czas się tu zatrzymał, razem ze starszymi panami obsługującymi stację, parowozownię i nadjeżdżający właśnie skład, złożony z parowozu i kilku wagonów trzeciej klasy. Nieopodal stacji w małym domku zorganizowano mini muzeum, w którym nie tylko miłośnicy kolejnictwa znajdą odrobinę historii zamkniętej w pięknych przedmiotach.
W samej Romie nic się nie dzieje. Pali słońce, na deskach teatru pustka, a obok miejsce do gry w kule. Z Hubertem rozgrywamy kilka partii a później przy stoliku z widokiem na ruiny robimy obiad, a na wieczór wracamy do stolicy wyspy.
W Visby festiwalowa atmosfera udzieliła się już chyba wszystkim. Pod murami obronnymi, z minuty na minutę pojawia się coraz więcej ludzi, zajmujących dogodne miejsce na pochyłej polance. Powoli zaczyna się teatr ognia, któremu towarzyszy średniowieczna skandynawska muzyka, wykonywana rzecz jasna na żywo. Ogień, muzyka, piwo, wino i może coś jeszcze nakręca tempo imprezy. Aktorzy na szczudłach, z pochodniami w dłoniach, biegają plując ogniem, rytm, bębny, flety, energia jak na dobrym pogańskim, nordyckim święcie ko czci Odyna. Wszystko nagle milknie o 23.00. Niektórzy zjednoczeni chyba zbyt mocno z matką ziemią mają już problem z powstaniem, impreza trwa jeszcze jakiś czas po czym wszystko cichnie.
My wracamy na z góry opatrzoną pozycję, czyli na piękną polankę, niecały kilometr za portem.
70 km , podjazdy 256m, (ogółem 888km) – najwyższy punk na trasie 72 m.p.m

6.08.2009
Kiedyś musi nadejść koniec. Kończy się średniowieczny festiwal i kończy się nasza przygoda z tą bałtycką wyspą. Nie oznacza to, że koniec jest łatwy i bezbolesny. Rano gdy zaczynamy zwijać namiot i pakować sakwy, okazuje się że bagażnik Huberta jest złamany w kilku miejscach, a na dodatek pęka jeszcze kolejna szprycha. Bagażnik najprawdopodobniej pękł podczas wczorajszego wieczoru, gdy tłumy gapiów, wypełniły łąkę pod murami Visby, a rowery leżały sobie spokojnie na trawie. A szprycha ? no cóż nieszczęścia chodzą parami. W informacji turystycznej powiedziano nam gdzie jest serwis i sklep rowerowy. Zanim go znaleźliśmy, kręcimy się chwilę po uliczkach by w końcu dopaść serwis motorowo rowerowy, gdzie za 180 koron kupujemy zwykły stalowy bagażnik. W serwisie pomogli mi odkręcić kasetę, a szprychę wymieniam sam, wycentrowując prawie idealnie koło, tym samym zyskując uznanie w oczach serwisanta.
Naprawa zajęła nam jednak sporo czasu, i teraz musimy się śpieszyć ze zwiedzaniem okolicy i miasta. Nad morzem, tuż za murami stoi jeszcze spora ilość straganów z jedzeniem, strojami z epoki, obuwiem, biżuterią i wszystkim tym, co potrzebne jest do szczęścia prawdziwemu Wikingowi. Z jednej z baszt przyglądamy się chwilę jeszcze sporemu tłumowi. Robi się wieczór, a my przemieszczamy się na punkt widokowy nad katedrą aby ostatni raz zobaczyć na Gotlandii zachód słońca. Jeszcze na chwilę jedziemy do portu, gdzie dzisiaj przybył żaglowiec z Bremy. Chwilę przyglądamy się słynnym zielonym żaglom żaglowca Alexander von Humboldt i kierujemy się na ostatni tu nocleg, na naszej zielonej polance.
28 km, podjazdy 142m (ogółem 916 km)

7.08.2009
Aby zdążyć na poranny prom musimy wstać jeszcze przed szóstą. Zawijamy mokry od mgły i porannej rosy namiot, pakujemy sakwy i jedziemy do portu. Morze dzisiaj jest płaskie jak stół. Fale są prawie niewidoczne, świeci słońce, buczy potężny silnik promu, i od czasu do czasu odzywa się w jakimś samochodzie autoalarm. Po trzech godzinach jesteśmy na stałym lądzie, i ruchliwą, prowadzącą do autostrady drogą numer 77 jedziemy przed siebie. Droga powrotna, może dlatego że już nam znana wydaje się łatwiejsza.
Po 25 kilometrach odbijamy w lewo i teraz poruszamy się drogą równoległą do autostrady.
Obok przewijają się sielankowe obrazy, kwieciste łąki, piękne konie a w ich cieniu smacznie śpiące źrebaki. Dzisiaj mamy zamiar dojechać tylko do Forsta nad jezioro Magelungen. W Forsta skręcamy w lewo na most, a tuż za nim jeszcze raz w lewo, aż w końcu docieramy w miłe zaciszne miejsce, które okazało się być plażą nudystów. Robi się wieczór, komary tną z zaangażowaniem, więc golasy szybko się ulatniają. Ich miejsce zajmują inni ludzie zaopatrzeni w śmierdzące kawałki ryb, małe pułapki z drutu i sieci. Właśnie dzisiaj jest pełnia i jak się dowiedziałem „dzień raka”. Szwedzi rywalizują w ilości i jakości złowionych raków, a później grillują, gotują, popijając cienkim szwedzkim piwem. My bierzemy prysznic, który dla swojej wygody zainstalowali sobie tu nudyści. Przy stoliku obmyślamy jutrzejszą trasę, a ja wypijam cieniutkiego szwedzkiego browarka, myśląc o naszym porządnym browcu marki Leżajsk.
68 km, podjazdy 464 m (ogółem 984 km)

8.08.2009
Tuż po 7 rano składamy jeszcze wilgotny namiot. Zaledwie kilkanaście kilometrów dzieli nas od starego Sztokholmu. Starówka szwedzkiej stolicy robi na nas ogromne wrażenie. Oglądamy pałac królewski, kościół z pięknymi witrażami, prowadząc swoje rowery po wąskich uliczkach. Docierając do wybrzeża trafiamy na salwę honorową ze starych armat. Cały teren starannie oddzielony taśmą, a żołnierze rozdają nam zatyczki do uszu. Ładna szwedzka blondynka w paradnym wojskowym mundurze wyjaśnia nam, że właśnie dziś są imieniny królowej Sylwii, a to całe zamieszanie, to na jej cześć. Po uroczystościach oglądamy jeszcze stojący przy nabrzeżu piękny żaglowiec, bardzo podobny do naszego Daru Pomorza.
Przed nami jeszcze sporo kilometrów, więc czas ruszyć w stronę Arlandy. Mimo że trasy i ścieżki rowerowe są dobrej jakości, to jednak czasem bywają zagadkowe, a na pewno bywają kręte. Nawigujemy za pomocą kiepskiej mapki ze stacji benzynowej i ręcznego GPS-u. Rozglądałem się w kilku księgarniach w Sztokholmie i kilku stacjach benzynowych, za dokładną mapą regionu, i nic. Moja rada dla rowerowych turystów: udając się w te strony, mapy kup wcześniej. W Sztokholmie nasze liczniki pokazały równe 1000 km. Nasz samolot z Arlandy do Krakowa odlatuje w niedzielę o godz 9.20, więc zmuszeni jesteśmy rozbić namiot gdzieś niedaleko lotniska. Całe szczęście, wokół lotniska jest sporo lasów i lasków, więc i z noclegiem nie ma problemu. Na nocleg w Jumbo Hostel już nas nie stać. Jumbo Hostel jak sama nazwa wskazuje został stworzony w kadłubie Jumbo Jeta.
82.5 km, podjady 452 m, nach. max 12%, (ogółem 1067,5 km)

9.08.2009
Nadszedł koniec naszej wyprawy ! Wstaliśmy przed szóstą aby mieć trochę czasu na spakowanie się i kubek gorącej kawy. Pojechaliśmy na terminal nr. 2, a to zaledwie kilometr lub dwa od naszego miękkiego lasku. Miękki bo ów lasek rósł chyba na torfowisku, albo ściółka leśna była wyjątkowo gruba. Na lotnisku przygotowujemy rowery do odprawy. Skręcamy kierownicę, odkręcamy pedały, a na końcu zawijamy je w folię. Sakwy pakujemy po dwie do jednej plastikowej torby. Każdy z nas ma wykupione po 2 dodatkowe bagaże po 20kg. Takie pakowanie ma jeszcze jedną zaletę: chroni sakwy przed zniszczeniem. Lot do Balic nie trwa długo. Z Balic wleczemy się kolejką na dworzec główny w Krakowie, parę godzin pociągiem do Przemyśla, półtorakilometrowy podjazd rowerem i w już jesteśmy w domu.
KONIEC (ogółem 1076 km)

 

 

Porady:

Samolot:
Z Krakowa i Warszawy w sezonie letnim latają samoloty Norwegian Air -
http://www.norwegian.com/pl/

Prom na Gotlandię do Visy odpływa z miejscowości Nynäshamn. Bilety najlepiej wykupić miesiąc wcześniej. Jest taniej, nie stoimy w kolejkach do kas, a co najważniejsze wiemy że płyniemy. http://www.destinationgotland.se/dg/eng/farja/

Termin:
Dobrze wybierać się tak, aby trafić na odbywający się Festiwal Średniowiecza w Visy w pierwszym tygodniu sierpnia. W przewodnikach Gotlandię nazywają „słoneczną wyspą” więc pogoda ponoć gwarantowana.

Ekwipunek:
Warto zabrać ze sobą benzynową kuchenkę (gazu nie wolno przewozić w samolocie), lub w ostateczności palnik gazowy PRIMUS (bo tylko takie kartusze można nabyć w Visy na stacji benzynowej - po za Visy nie do kupienia).
Na kempingach przeważnie jest dostęp do kuchni.
Namiot – (lepiej zabrać wytrzymały, bo czasem lubi wiać)

Narzędzia:
Jak przed każdym dłuższym wyjazdem rowerowym, należy spakować podstawowe narzędzia rowerowe: klucze nimbusowe, mały klucz szwedzki, klucz do pedałów, klucz do kaset, tzw. bacik, dętkę, łatki, kilka szprych i klucz do centrowania, zapasową zwijaną oponę, smar do łańcucha.