Bieszczady 2008

Pamiętnik z podróży ...

14.08.2008 - Przemyśl - Lesko
Dwa dni temu wróciłem z Rugii więc nie muszę się pakować aby ruszyć w Bieszczady i wykorzystać urlop do końca. Z Przemyśla jadę tradycyjnie moją trasą przez Fredropol, Aksmanice, górę Grószową, Arłamów, Krościenko do Ustrzyk Dolnych. Już w Fredropolu zaczyna padać deszcz, co nie wróży niczego dobrego. Jednak wdrapując się na Grószową, niespodziewanie niebo robi się niebieskie i wychodzi słońce. Nagle odsłaniają się sąsiednie wzgórza, Kalwaria Pacławska i najwyższa góra Pogórza Przemyskiego - Kopystańka. Po deszczu robi się tak parno jak w amazońskiej puszczy. I tak wypijając litry wody, pocąc się jak ścigane zwierzę, mijając malownicze doliny, wzgórza i lasy docieram do Ustrzyk Dolnych. Wiem że tu przy basenie jest kamping i to mnie bardzo cieszy. Robię zakupy na kolacje i drogą wzdłuż rzeczki Strwiąrzyk docieram na miejsce. A tu zamiast basenu i kempingu, dziura i zarośnięty wysokimi trawami i pokrzywami wielki plac.
Pokonałem już 75 km i jestem dość zmęczony. Do Leska jest ponad 20 km i wiele podjazdów. Po krótkim odpoczynku wsiadam na juczny rower i szybko pokonuję 15 kilometrów płaskiej drogi. Przed Leskiem zaczynają się stromizny. Mijam stare drewniane cerkiewki, skałkę Kamień Leski, przejeżdżam przez miasteczko i tuż przed mostem skręcam na kemping "nad Sanem". Kemping pamiętający czasy socjalistyczne, ale jest ciepła woda i jakieś tam prysznice. Kąpiel po takim dniu stawia mnie na nogi, a piwo kładzie spać.
99km , 1141 m podjazdów,



15.08.2008 - Lesko - Cisna
Wyruszam wypoczęty kierując się na Tarnawę Górną i stromym kolejnym podjazdem na Czaszyn. Przed Czaszynem, zatrzymuję się przy małym sklepiku, gdzie trwają towarzyskie rozmowy przy piwku. W skrócie: pozostali tu tylko starsi ludzie a młodsi wyjechali do Irlandii. W takich miejscach współczesna emigracja widoczna jest bardziej niż większych miastach. Starszy człowiekpokazuje mi skrót polną drogą. Mimo że droga kamienista i z wielkimi kałużami, to takie odludne miejsca lubię najbardziej. Dalej przez Kulaszne , Szczasne, wzdłuż linii kolejowej, gdzie mija mnie pociąg z jednym wagonem docieram do Komańczy. Wpadło mi do głowy aby dotrzeć do muzeum Andy Warhola w Mezilaborcach na Słowacji. I tu kolejna wspinaczka serpentynami na przełęcz Radoszycką (684m). Niestety po przekroczeniu granicy, której po wejściu Polski do układu Szengen nie ma, okazuje się że jest już za późno na Mezilaborce. Odpoczywam chwilę i doładowuję się bananami wracam. Jest już chłodniej, a szybki zjazd działa kojąco. Mijam cerkiew w Radoszycach położoną na malowniczym wzgórzu, wśród drzew i obieram kierunek Cisna. Jak zwykle im bliżej celu, tym większe schody. Tym razem jest to przełęcz prawie 740 m n.pm. W Cisnej tłumy turystów, jedni dotarli tu autostopem, inni autobusami lub samochodami a ja rowerem. Dzisiaj festiwal Bieszczadzkie Anioły. Spotykam Przemka który gra od kilku lat w "Strarym dobrym małżeństwie" i Piotrka z Krosna przebranego w habit zakonnika. Przy browarku oglądamy filmy wyświetlane przez TVP na jakieś ścianie, słuchamy bieszczadzkich piosenek i tak do późnej nocy.
76 km, 1171m podjazdów. Czas 6.48 max 14%



16.08.2008 - Cisna - Chrewt
Na zatłoczonym festiwalowym polu namiotowym, jestem jednym z pierwszych, którzy zerwali się na równe nogi. Jednak, bili też szybsi ode mnie i muszę odstać swoje w długiej kolejce do kibelka i prysznica. Nic tak nie budzi jak poranna zimna kąpiel. Na tą ciepłą trzeba by, było czekać trzy razy dłużej. Szkoda dnia. Na śniadanie zażyczyłem sobie kanapki z owczym serem i pomidorem, a że byłem sam to sam sobie je zrobiłem. Docieram do Dołżycy, gdzie ma się odbywać druga część "Bieszczadzkich Aniołów, ale bez żalu i tęsknoty za tłumem opuszczam ją. Przy wyjeździe żegna mnie tablica zbita z desek z napisem "Stop zawracaj do PRL". Ta reklama pola namiotowego jest nad wyraz wymowna. Większość kempingów pamięta zamierzchłe czasy i stanowi swoisty skansen wczasów zakładowych. Droga do Bukowca wiedzie wzdłuż rzeczki Solinki, a ja wśród lasów pokonuję kolejne mosty. Przed Bukowcem stromy podjazd kończy się smażalnią ryb, która swoimi zapachami kusi turystów. Za chwilę czekam już na porcję smażonego pstrąga, a przy okazji mam czas aby zanotować parę słów. Przez Sakowczyk do Chrewtu docieram ruchliwą drogą, pokonując kolejne strome podjazdy, nagle mija mnie niezwykle barwny rajd kilkunastu Trabantów. Pozdrawiamy się wzajemnie a za pół godziny jestem już rozbity ze swoim namiocikiem, obok kilku dużych igloo drużyny wodniaków z Przemyśla. Jest z nimi mój syn Hubert, a w knajpce spotykam kolegę Tomka, więc wiem jak skończy się ten dzisiejszy krótki etap.
31.5 km, 397m podjazdów



17.08.2008 - Chrewt - Przemyśl
W nocy lało jak z cebra, na szczęście miałem ze sobą folię jako dodatkowe zabezpieczenie namiotu i roweru. Udał się jakość przetrwać a rano odpalam benzynową kuchenkę robiąc solidną porcję makaronu i gorącą kawę. Wiem że czeka mnie dzisiaj ponad 100 kilometrów z wieloma męczącymi podjazdami. Żegnam się z wodniakami i ruszam w stronę Czarnej. Powoli wspinam się niekończącym podjazdem i serpentynami. Po kilku kilometrach niedawne ulewy zerwały spory kawałek drogi. Samochody powoli wspinają się wyznaczonym podjazdem, a je i dwie napotkane cyklistki wpychamy swoje objuczone rowery po ostrych kamieniach. Droga do Ustrzyk Dolnych to część "szlaku ikon". Mijam i fotografuję po drodze malowniczo położone cerkwie w Żłobku, Rabe, Hoszowie. Z Ustrzyk przez Krościenko docieram jadąc pod górkę do Jureczkowej. Po drodze przerwa w Liskowatem przy kolejnej drewnianej cerkwi i kilka kilometrów dalej w Bacówce po pyszne owcze sery. Z Jureczkewej do Kwaszeniny prowadzi kilkunastostopniowy podjazd wśród lasów. Tu robię z premedytacją częste przerwy, zajadając się dojrzałymi czernicami. Nie można odmawiać sobie tak pysznych witamin, schodząc co chwile z roweru. Byle do Arłamowa, bo wiem że tu czeka na mnie 10 kilometrowy zjazd i tu zaczyna się już Park Krajobrazowy Pogórza Przemyskiego. Docierając do tego miejsca czuję się jak w domu. Zjazd do Makowej, mały podjazd do Huwnik, kładką na drugą stronę rzeczki Wiar, dalej przez Sierakoście, Fredropol i Pikulice docieram do Przemyśla. Nie mam już sił na pedałowanie a czeka mnie jeszcze prawie dwukilometrowy podjazd pod Kazanów.
104km / 1115m przewyższenia / max wys. 705m


podsumowanie:
310 km, czas jazdy 24godz, pręd max, 56,2km, max wys. 739 m npm, 3544m podjazdów