Albania 2012

 

Zabunkrowany kraj.

„Albania byłaby Szwajcarią nad Adriatykiem, gdyby pieniądze wydawane na budowę bunkrów przeznaczyć na domy, drogi, kolej czy mosty” opowiada katolicki ksiądz z kościoła w Koplik. Bunkry były budowane przez wszystkich w obowiązkowych czynach społecznych. Koszt betonu i stali to równowartość wiejskiego albańskiego domu. Wizja obronna wielkiego przywódcy nie podlegała dyskusji, a wszelkie próby sprzeciwu szybko załatwiała służba bezpieczeństwa znana jako Sigurimi. Hodża do pomocy miał też fanatyczną albańską młodzieżówkę stworzoną na wzór Mao i jego rewolucji kulturalnej. Skłócony ze światem przywódca bał się zbrojnej interwencji Związku Radzieckiego tak mocno, że postanowił wybudować ponad 600 000 (słownie sześćset tysięcy) betonowych grzybków. Bunkry w kształcie borowika stawały w miejscach strategicznych, wzdłuż granic, obok portów, nad Adriatykiem, w górach, a po pewnym czasie każdy miał już bunkier przed swoim domem.

Właściciel baru, który uciekł z Albanii w 1991 roku a następnie pracował kilkanaście lat w Anglii podsumowując swoją opowieść o tamtych nieciekawych czasach powiedział: „Albania była taką Kubą w Europie, z tą różnicą, że tam można było mieć samochody a tu nie” .

Dzisiaj Albania to kraj przemian. Mapy wydane trzy lata temu przy górskich drogach mają dopisek 4x4, czyli droga przejezdna głownie dla chińskiego gąsienicowego ciągnika. My dzisiaj jedziemy pięknym nowym asfaltem, góry przebijają tunele a znaki drogowe ostrzegają przed stromymi wielokilometrowymi podjazdami lub zjazdami. Na drogach królują niezawodne i mocne Mercedesy z lat osiemdziesiątych. Widzimy jak „Merc” ciągnie na haku ścięte drzewo, jak wiezie ośmiu pasażerów oraz kozę, jak przystrojony w barwnym korowodzie innych „Merców” pod meczet dowozi parę młodą i dziesiątki strojnych kości.

Przejeżdżając przez wioski słyszymy rytmiczną muzykę, weselne bębny, nawoływania  muezinów do modlitwy i wielokrotnie strzały w górach. Mamy nadzieję, że są to odgłosy polowania na zwierza, a nie słynne porachunki między starymi górskimi rodami (wendeta), z którymi rząd dzisiaj ponoć jakoś sobie radzi. Przy drodze widzę wielokrotnie plastikowe łuski z myśliwskiej amunicji, przestrzelone znaki drogowe, ale jakoś to nas nie martwi, bo ludzie których spotykamy są bardzo mili. Dzieci jak to dzieci muszą dotknąć wszystkiego, bo takie obładowane i z różnymi gadżetami rowery widzą pierwszy raz. Wszyscy są ciekawi skąd jesteśmy i gdzie jedziemy. Pasterz płynną angielszczyzną proponuje nam jedzenie, bo skoro jesteśmy w drodze, to trzeba nam pomóc - tak mówi stara muzułmańska tradycja. Warzywa na leczo, które chciałem gotować wieczorem, dostaję za darmo i to z uśmiechem.

Tak sobie myślę, kto może cieszyć się bardziej z wolności, otwartego kraju, kontaktów z człowiekiem z zewnątrz jak nie Albańczycy, którzy pięćset lat żyli pod tureckim jarzmem a później trafili na kilkudziesięcioletnią komunistyczną, maoistyczną, zabunkrowaną paranoję własnego przywódcy.

Kiedyś, jako młody krótkofalowiec, lubiłem słuchać radia na falach średnich i krótkich, więc czasem  trafiałem też na polskojęzyczną audycję Radia Tirana, w której Kazimierz Mijal propagował koncepcje socjalizmu maoistycznego. Gdy zaczęła się pierestrojka pewnego razu usłyszałem: „ imperialiści amerykańscy i radzieccy zagrażają albańskiej wolności …” O jakich radzieckich imperialistach, o jakiej wolności wtedy mówił nie rozumiałem i dzisiaj tym bardziej nie rozumiem.

Wielki wódz Hodża zmarł w 1985 roku osiągając wyżyny własnej paranoi i całkowitej izolacji własnego kraju.  W 1990 roku odbył się strajk studencki, podczas którego zażądano usunięcia imienia wodza z nazwy uczelni a rok później tłum obalił jego wielki pomnik w Tiranie. Przy okazji tysiące młodych ludzi zaczęło szturmować statki i promy w portach Dureszu i Vlory pragnąc opuścić ojczyznę. Wiele osób po raz pierwszy w życiu opuściło kraj docierając do wybrzeży Włoch. Tak Albańczycy uzyskali upragnioną wolność.

Teraz po kilkunastu latach pobytu we Włoszech, w Anglii czy w Stanach wracają do kraju, przywożą pieniądze, budują domy, piękne restauracje, bary, hotele z myślą o europejskich turystach. Z co trzecią osobą dogadasz się po angielsku lub włosku, ze starszymi nawet po rosyjsku.  Jeśli ktoś z nich nie zna obcego języka to po chwili przyprowadzi kogoś kto go zna. Mimo że w Albanii nadal nie ma obowiązku szkolnego, to w szkołach kładzie się nacisk na języki obce, bo to jedyna droga w przyszłość.

Do Albanii pojechałem z Grześkiem Kajdrowiczem samochodem, przejeżdżając przez Słowację, Węgry, Serbię i Czarnogórę. Na granicach staliśmy co najwyżej kilka minut. W Albanii samochód pozostawiliśmy obok kościoła w Koplik. To zaledwie kilka kilometrów od granicy z Czarnogórą.

W powietrzu czuć spaleniznę płonących lasów i śmieci na przedmieściach. Deszcz nie padał tu od czterech miesięcy, po rzekach zostały tylko puste kamieniste koryta a termometry w ciągu dnia pokazują 42 stopnie. Przed nami Alpy Przeklęte, piękne i malownicze góry, które wycisnęły z nas ósme poty. Od poziomu morza wspinamy się na ponad 1200 m, pokonując jednego dnia niewiele ponad 30km. W górach mijamy kopalnie chromu i pozostałości po dużych wioskach. W jednej z wiosek popijając piwo w małym barze miejscowi opowiadają o czasach świetności. „Kiedyś mieszkało tu ponad 1000 osób a autobusy codziennie dowoziły dodatkowych pracowników z okolicy”. Dzisiaj widać opuszczone, pozbawione okien  piętrowe budynki, a w okolicznych domach mieszka może kilkanaście rodzin. Do kopalni prowadzi niski korytarz, a na wąskich torach stoi jeden mały, stary wagonik. Jak za dawnych czasów popycha się go ręcznie, jedynie świder zasilany jest z małego spalinowego agregatu. Tak wydobywano rudę w XIX wieku i tak wydobywa się ja w XXI wieku.

Miejscowi mówią, że tu w tych „przeklętych górach” tydzień temu było aż 47 stopni Celsjusza, za to w zimie dwa metry śniegu i minus 26 stopni.  Podjazdy o nachyleniu 15% ciągną się kilometrami a nagrzane skały oddają ciepło niczym piec akumulacyjny. Wiemy już dlaczego Serbowie nazwali je „Prokletije”. Na szczęście woda źródlana w tych górach jest czysta i nadaje się do picia. Oprócz litrów wody wypijamy sporo miejscowego piwa, które czasem na nas rowerzystów działało demotywująco. Pamiętamy zawsze, że odwodnienie organizmu jest niebezpieczne i nie dopuszczamy do niego wszelkimi znanymi nam sposobami.

W górach tych można trafić na miejsca niezwykłe, które moim zdaniem powinny być obowiązkowym celem dla turysty odwiedzającego Albanię.  Rejs po jeziorze Komani, wąskim i malowniczym niczym norweskie fiordy trwa ponad trzy godziny. O dziewiątej rano naszym oczom ukazuje się niebieski stalowy kadłub z przyspawanym do niego autobusem. Na pokład ładowane są motocykle szwajcarów, nasze objuczone rowery, beczki z prowiantem dla albańczyków mieszkających na górskich stokach nad jeziorem. Na brzegu stoi też kilka samochodów oczekujących na większy prom. Niestety „kapitan-szofer” naszej mniejszej jednostki poinformował oczekujących, że ten duży nie przypłynie, bo się złamał. Objazd jeziora to niebagatelna odległość ponad 170 kilometrów. Po raz kolejny wychodzi wyższość jednośladu nad wygodnym wielośladem.  

Z Fierzë dokąd dopłynęliśmy pedałujemy jeszcze tydzień na południowy-wschód pokonując niezliczone podjazdy, na których przegrzewamy się my, oraz zjazdy gdzie przegrzewają się od hamowania obręcze naszych kół. Mijamy miasteczka Bajram Curri, Kukës, historyczne miasto Peshkopi, wjeżdżamy na półtorej dnia do Macedoni, mijając jezioro Daberskie oraz graniczące z Albanią jezioro Ochrydzkie. Zmieniamy kierunek i jedziemy na zachód w stronę Adriatyku przez  miasto Elbasan nad lagunę Karavasta leżącą obok miasteczka Divjak. Dwie główne laguny są objęte ochroną jako rezerwat ścisły, łącznie z okolicznymi lasami i mokradłami stanowią rezerwat ścisły. Jest to ciekawe miejsce zwłaszcza dla ornitologów, ponieważ żyją tu między innymi pelikany kędzierzawe. Za kilka Euro od osoby spędzamy tu dwa dni w nowym pensjonacie z widokiem na Adriatyk. Szerokie plaże, ciepła woda, owoce, tanie ryby i tanie piwo powinny zachęcić każdego, komu już zbrzydły uroki Chorwacji.

Oczywiście nie zawsze jest tak różowo jak to opisuję. Albańczycy jak to południowcy, są czyści, a młodzieńcy wyglądają modnie niczym Belmondo na włoskiej riwierze. Domki i obejścia są czyste, pomalowane i schludne a mercedesy zawsze umyte i lśniące. Natomiast śmieciami nie przejmują się w ogóle. Śmieci są na przedmieściach, są w rowach, w rzekach i potokach. Rząd i władze miast zabrały się za problem, strasząc karami i ustawiają kontenery na śmieci. Śmieci leżą obok a do kontenerów mieszkańcy nie wrzucają nic. Może dlatego aby ich nie pobrudzić ? Mam nadzieje, że zanim hałdy śmieci przysłonią Alpy Przeklęte – Albańczycy ockną się a ten piękny kraj zostanie tą Szwajcarią nad Adriatykiem.

Ludzie są bardzo mili i przyjaźni. Jeszcze tam wrócę, jak kiedyś właśnie dzięki ludziom wielokrotnie wracałem do Rumunii !

Grzegorz Karnas